RECENZJE

Pet Shop Boys
Elysium

2012, Parlophone 6.1

Jeśli czegoś rzeczywiście "zabrakło" w naszym podsumowaniu lat 90., to należytej rehabilitacji dorobku Neila Tennanta i Chisa Lowe'a. Stosunkowo silny akcent, jaki zostawił brytyjski duet na liście płyt nie zatarł niestety nieprzyjemnego faktu przeoczenia takich singli, jak "Being Boring" "This Must Be The Place" – synth-popowych pomników dekady. Czyli jak? "Everybody" i "Coco Jumbo" wykorzystaliśmy jako narzędzie symbolicznego zatrzymania machiny popowej emancypacji na Porcys, poświęcając przy tym chmurno-jesienne "smutne disco"? "Smutne disco" my ass!

Wakacje dobiegły końca ("dobiegają", "w tym roku nie miałem wakacji" etc.), więc będzie rzeczowo i po kolei. Czas zabrać się do pracy.

Elysium broni się samo. ELYSIUM; a raczej: E.L.Y.S.I.U.M. Można zapisać to jako "temat". O, właśnie w ten sposób:

Temat: E.L.Y.S.I.U.M.

1) "E" jak "emblematyczność". Jak to się stało, że hen dawno temu, dwóch muzycznych pasjonatów bez właściwie żadnego znaczącego doświadczenia (Tennant skończył historię i pracował m.in. jako dziennikarz muzyczny i redaktor brytyjskich edycji komiksów Marvela, Lowe był w tym czasie studentem architektury), po przypadkowym spotkaniu w jednym ze sklepów muzycznych w jednej z najbardziej posh dzielnic Londynu, Chelsea, zdołało założyć zespół, który w niedługim czasie dołączył do panteonu najbardziej ikonicznych gwiazd brytyjskiej sceny muzycznej? Legendarne początki Pet Shop Boys sięgają 1981 roku, trzy lata później chartsy podbija już "West End Girls" i zaczyna kształtować się figura. Stylistyczne wibracje kazały traktować przez lata członków zespołu jako zarówno hedonistycznych świntuchów, uduchowionych romantyków, jak i awangardowych eksperymentatorów, redukujących swoją piosenkową twórczość do postaci zaledwie trybu w maszynerii potężnych, niezwykle oryginalnych projektów muzyczno-wizualnych. Wszystko to przy zachowaniu niepodrabialnej wręcz maniery, rozpoznawalnej na pierwszy rzut oka poetyki – trudno wskazać inne, podobne do PSB zjawisko w historii muzyki, nie tylko elektronicznej i nie tylko brytyjskiej. A właśnie, "brytyjskość"... Obaj panowie to powściągliwi, niemalże stereotypowi "Englishmen", "so British that it HURTS" (żarcik). Do dziś nie powstał lepszy soundtrack do jesiennych, popołudniowych spacerów po centralnym i południowym Londynie niż Actually i Behaviour.

2) "L" jak "liryzm". Czy można wyobrazić sobie bardziej balearyczne wykorzystanie syntetyzatora i klawiszy przy jednocześnie obsesyjnym wręcz przywiązaniu do dość topornych i oszczędnych środków wyrazu? Obowiązkowe 4/4, potężna stopa, nierzadko prymitywnie wręcz dyskotekowe staby... przypomina się Lindsey Buckingham ze swoim fetyszem łączenia Wilsonowskiej ornamentyki i słabości do rozbudowanych harmonii z uwielbieniem dla surowego, łupanego bitu.

3) "Y" jak "Yes". Sentymentalny powrót do kalejdoskopowego, radosnego popu z okresu Very. Skądinąd bardzo dobra płyta, wiele zespołów o podobnej średniej wieku i stażu mogłoby pozazdrościć PSB takiej formy. No i kolejny PROJEKT. "Że też im się jeszcze chce..."

4) "S" jak "songwriting (na Elysium)". Może materiał nie jest tak mocny jak na poprzedniku, ale wciąż trudno nie polubić tego nieco bardziej wycofanego, wysublimowanego i lekko napuszonego zbioru piosenek. "Leaving", "Memory Of The Future" i "Winner" luźno mogłyby znaleźć się na którymś z dysków Alternative, kokietuje leciutko klasycyzujące "Give It A Go", a kojarzące się z zimną precyzją highlightów Behaviour "Invisible" niespodziewanie prowokuje swoją drugą połową, podczas której geometrycznie spójna konstrukcja utworu zostaje poddana brutalnej dekompresji (co przywodzi skojarzenia z... "How To Disappear Completely").

5) "I" jak "Iksiński" ("Igrekowski", "Kowalski"). Dla każdego z nich Pet Shop Boys jest jednym z kamieni milowych edukacji muzycznej; gdyby nie ironiczno-euforyczny cover "Go West", "Polska, biało-czerowoni!" śpiewali by zapewnie do jakiegoś Modern Talking (albo – co gorsza – Genesis). Ciary!

6) "U" jak "Up Against It", jeden z najbardziej niedocenionych tracków z Bilingual, podobno stał się olbrzymim przebojem w Szwecji. Próbuję sobie w głowie przetłumaczyć ten otwierający utwór smutny gitarowy riff (albo składające hołd Bee Gees outro) na język Cardigansowskiego waniliowego minimalizmu i tym bardziej brak mi słów. Czy Tennant i Lowe słuchali Emmerdale i Life? Lowe w 1986 roku dla Entertainment Tonight: "I don't like country and western. I don't like rock music, I don't like rockabilly or rock and roll particularly. I don't like much, really, do I? But what I do like, I love passionately".

7) "M" jak "misterium". Pokłosie przeestetyzowanego liryzmu. Tennant bywa euforyczny i płaczliwy, ale nie przestaje być śmiertelnie poważny. Paradoksalnie to właśnie artystowska spina legitymuje konwencję, nawet jeśli mamy do czynienia wyłącznie z zaklętymi w cyfrowych kryształkach awatarami Morrisseya. "I'm Throwing My Arms Around Paris"; Neil wziął w objęcia Londyn ponad dwadzieścia lat wcześniej i znajdował się wtedy u szczytu swoich sił twórczych. Niepojęte.

Praca domowa*: znaleźć powody, dlaczego Elysium zasługuje wyłącznie na 6.1.

*zadanie dla chętnych.

Jakub Wencel    
10 września 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie