RECENZJE

Perfume
JPN

2011, Tokuma 6.8

Azjatycki pop najczęściej przeżywamy singlowo. 4 minuty wygłaskanych, stopionych w jedno wokali i producencki maksymalizm Nakaty – wydaje się, że to w zupełności wystarczy. Trzeba mieć już odpowiednio wytrenowane ucho, żeby słuchać tego godzinę, bo tyle trwa płyta. I przyznaję się z góry – dość ciężko mi łyknąć JPN za jednym zamachem, szczególnie wtedy, gdy utwory nieco toną w kalkach. Niewiele jest tu kawałków, które określiłbym mianem nieudanych, ale już przewidywalnych i lekko nudnych wskazałbym co najmniej kilka.

Z drugiej strony oczywiście najbardziej podoba nam się to, co już znamy. Przegląd dotychczasowych singli prezentuje się fantastycznie i faktycznie stanowi sporą część najbardziej udanego materiału, choć może wcale nie większość, bo wykres prezentujący poziom singli Perfume miałby akurat kształt sinusoidy. Od doskonałego i doskonale znanego podwójnego "Natural Ni Koishite/Fushizen Na Girl", po właściwe pozbawione fajerwerków "Voice", "Nee" z kosmicznym refrenem, zabójczo selektywnym brzmieniem, szatkowanym mostkiem czy strzałami z syntezatorowych pistoletów, na jaki zasługuje futurystyczny girlsband albo kolejny podwójny singiel, który w całości znalazł się na JPN i miał znacznie słabszą drugą stronę, niż choćby inny odrzucony b-side, "Fake It". Bo "Laser Beam" akurat świetnie zapowiada, co będzie działo się przez następną godzinę, a "Kasuka Na Kaori", choć na pewno jakoś urocze, na wysokości połowy płyty każe krzyczeć DAWAĆ JAKIŚ HICIOR i zwyczajnie przeszkadza w dobrnięciu do końca.

Klasa Nakaty to jednak... no powiedzmy, że w jego przypadku zwyczajnie ceni się kunszt. I w ten sposób nawet wśród utworów uznawanych przeze mnie za zapychacze są momenty fantastyczne, których pozbywałbym się z ciężkim sercem. Może jedynie poza "Toki no Hari", w którym skład nie może się decydować, czy zagrać jak trance'owy Kurstin, czy może jak Fasolki na zabawkowych organkach. "Kokoro no Sports" to niby najzwyklejszy track Perfume, ale ten pędzący, trance'owy beat, przecież nie mający nic wspólnego z jakimkolek disco czy french housem, do którego lubię mierzyć ulubiony dance-pop, jeszcze jakiś czas temu mógłby na mnie zrobić duże wrażenie. Gdzieś niknące w trackliście "Have A Stroll" po pierwsze charakteryzuje styl producenta – te powciskane pod beat akordy – następnie dziwi melodią, której jeszcze nie było, a rozwija się jakby była wymyślana w trakcie trwania utworu (i to jest zaleta!), żeby wreszcie zaskoczyć opadającym refrenem.

Przedzierająca się przez atmosferę dyskotekowa rakieta w "Glitter" (symptomatyczne, że ta płyta zwykle kojarzy mi się z przebywaniem poza planetą Ziemia), beaty wrzucone do sokowirówki w "Laser Beam", czy zalety najlepszych singli to rzeczy niewzbudzające ani większych wątpliwości, ani już zaskoczenia. Ale są też momenty, które każą zakrzyknać, że wow i jeszcze tego nie było. "575" wchodzi beatem rodem prawie z "All That She Wants", przeradza się w subtelną balladę, by bez ostrzeżenia zacząć mówić wspólnym językiem z Uffie po wstępie? refrenie?, który zresztą potem wraca jak gdyby nigdy nic, by pod koniec pewniejszym krokiem wyjść na parkiet. "My Color", chyba mój ulubiony nowy utwór z całego zestawu, przypomina "Your Disco Needs You" wśród rozregulowanych hologramów, ale serio – dyskotekowy hymn jest tutaj obudowany wokół rzężącego nieprzerwanego basu, okraszonego pseudo-8bitowymi synthami, a śpiewające słodkimi głosami z nadnaturalną perfekcją Perfume rozstawiają wszystkich cwaniaków po kątach refrenem, od którego nie ma ucieczki, przynajmniej póki trwa, a wraca wciąż bezlitośnie.

Wreszcie zamykający album, ostatni singiel "Spice" wysysa możliwości producenta do ekstremum. Wysoko modulowane melodie, nieubłaganie mechaniczny, wręcz industrialny beat, który jakby nie dość ciężki, podbijany jest dodatkowymi bębnami, dziwaczny głos, który pojawia się pierwszy raz w intro utworu niczym z tytułowego do Koyaanisqatsi, by potem wrócić w mostku, głosy dziewczyn atakujące z każdego kanału każdej sekundy, paradoksalne wręcz zderzenie lenistwa melodii refrenu z produkcją, która już dawno przestała być radio-friendly... Jeżeli ktoś przez godzinę nie odpadnie wśród barokowego bogactwa środków Nakaty, to na sam koniec dostaje ich skumulowaną esencję i chyba dowód na to, że to raczej nie jest normalny popowy producent, którego interesuje trzaskanie hitów, ale raczej wręcz psychodeliczne i psychotyczne wyciskanie do maksimum możliwości syntezatorów i tych biednych trzech dziewczyn. Jest to nawet fajna droga i może Japończycy już tak mają, że dla nich zawsze lepiej więcej niż mniej, ale moja odpowiedź jest konsekwentna i konserwatywna – interesują mnie tu przede wszystkim takie hiciory jak klasyczny podwójny singiel. Na JPN pojawia się sporo świetnie zrobionych kawałków, ale niewiele z nich podejmuje rywalizację z naszym ubiegłorocznym singlem roku. Niby nie jest to zaskoczenie, wszak wszechświat mógłby tego nie wytrzymać i się zapaść, ale trochę trudniej ceni mi się nawet najbardziej precyzyjne rzemiosło, niż gorące klasyczne hooki, bez których nawet najbardziej dopracowane produkcje zaczynają męczyć.

Kamil Babacz    
16 grudnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie