RECENZJE

Perfume Genius
No Shape

2017, Matador 5.0

Słuchajcie, jestem trochę sfrustrowany, ponieważ po raz kolejny słucham krążka, który nie spełnia pokładanych w nim nadziei. No Shape to album uwodzący teoretycznie interesującymi ideami, pozbawionymi odpowiedniego dressingu. Perfume Genius jest co prawda gościem obdarzonym bezkresną wyobraźnią, ale produkty jego kreatywności nie posiadają odpowiedniej dawki samoświadomości. Amerykanin tworzy coś na kształt poligonu doświadczalnego, pozbawionego choć odrobiny autorefleksji. Mam wrażenie, że obcuję z kartkami brudnopisu, nieskalanymi jakąkolwiek korektą. Przyglądanie się tym zalążkom pełnoprawnych kompozycji, powoduje nieznośny niedosyt

Przyznaję, że zlokalizowałem jakieś plusy. Podoba mi się na przykład bijąca z materiału pewność siebie muzyka. Ponad siedem lat aktywności scenicznej ukształtowało artystyczną osobowość Mike'a Hadreasa i zrobiło z niego studyjną bestię. Ze speszonej indie popowej poczwarki przeobraził się w pięknego motyla promieniejącego ulubionymi kolorami pitchforkowej widowni. Sukces tego longplaya zagwarantowała również charyzma wokalisty podnosząca jego śpiewne popisy do rangi zapierającej dech w piersiach, filmowej narracji. Twórca funkcjonuje jako aktor pierwszego planu odgrywający recital w stroju niezidentyfikowanego kosmity odstającego od wszelkich obyczajowych norm znanego nam świata. Zakodowani w jego podświadomości Ziggy Stardust i John Waters wypluwają na zewnątrz ubarwioną campem lirykę smaczną niczym słodko-kwaśna guma balonowa. Lubię pop wyrastający z radykalnych postaw, dlatego chylę czoło przed stanowczymi decyzjami autora Too Bright. Mam jednak problem z końcowym rezultatem godnych pochwały intencji.

Dosyć irytująca jest na przykład struktura poszczególnych utworów. Trwające średnio dwie i pół minuty etiudy rozpoczynają się zwykle od hitchcockowskiego wybuchu, tylko po to by urwać się w pół zdania. Każda z tych wprawek nęci skrawkami ocierających się o geniusz momentów, a następnie pokazuje słuchaczowi środkowy palec. Jest w tym i odwaga i bezkompromisowość, ale także niezrozumienie zasad budowania dramaturgii. Nie można bowiem wodzić odbiorcę za nos w nieskończoność, ponieważ nawet najdłuższy monolog potrzebuje satysfakcjonującej puenty.

Wspomniana wcześniej estradowa ekwilibrystyka służy zaś za zasłonę dymną ukrywającą techniczne niedostatki. Chęć osiągnięcia odpowiednio surowego dźwięku odzwierciedla specyficzna, pół-amatorska estetyka, która w połączeniu z kanciastym songwritingem skutecznie zniechęca do słuchania albumu. Instrumentalna strona projektu pełni rolę mało znaczącego tła dla występów głównego bohatera. Co więcej, zamiast wspomagać emocjonalne wynurzenia Hadreasa, przeszkadza i wybija go z rytmu. Fragmentom wymagającym silnego uderzenia skąpi rozmachu, a minuty dopominające się o subtelność są pochłaniane przez jej dosłowność.

Poza tym, Perfume Genius chyba zapomniał jak się pisze chwytliwe piosenki. Poprzedni album również miał sporo mankamentów, ale niedoróbki skutecznie osładzała garść obiecujących refrenów i hooków. Tym razem nasz Peter Parker stracił "pajęczy zmysł" i jego wyczucie melodii gdzieś się kompletnie ulotniło. No Shape nie ma w swojej ofercie ani jednego utworu, który działałby jako znakomity singiel zachęcający do wielokrotnych odtworzeń

No i tak to mniej więcej wygląda. Kopalnia niewykorzystanych pomysłów zmarnowanych przez chaotyczny proces twórczy jakiemu oddał się artysta. Perfume Genius postawił na wypuszczenie surowego dzieła, które ma zachwycać bez ingerencji szlifierza. Odwaga takiej taktyki jest godna podziwu, natomiast wynik ciężko nazwać pozytywnym.

Łukasz Krajnik    
20 czerwca 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie