RECENZJE

Perfume Genius
Learning

2010, Matador 2.4

Nie jestem bez serca, doskonale rozumiem potrzebę smutnych albumów na samotne, wieczorne sesje. Ja dostałem w tym roku swój pod postacią płyty Warpaint, do was może dotarł jakiś Tallest Man On Earth. Nie uważam, że recenzowana dzisiaj płyta jest zła tylko dlatego, że jest smutna. Uważam, że jest zła, bo jest smutna w tandetny sposób i oprócz swojego smutku nie ma nic do zaoferowania. Oto przed wami nowe, głębsze, doły dzisiejszego smętnego indie rocka: Perfume Genius.

Stojący za projektem Mike Hadreas śpiewa głosem molestowanego Sufjana Stevensa surowe lo-fi piosenki z fortepianem, w których przeważnie nie dzieje się nic interesującego – nudne zmiany akordów (w sytuacjach kiedy artyście w ogóle chce się coś zmieniać) stanowią fundament dla cienkich jak papier melodii. Słuchając otwierającego utworu tytułowego po raz pierwszy możecie pomyśleć, że to jakaś forma intro – niestety tak właśnie przedstawia się główna treść Learning przez niemal cały czas trwania płyty. "Mr. Peterson", pierwszy kawałek na albumie, który można zapamiętać, można zapamiętać tylko dlatego, że podpierdala melodię Stevensowi, jakby mało było tego, że bogobojny skaut wykorzystał ją na dwóch swoich albumach (nie pamiętam teraz tytułów, zwłaszcza, że Illinois miało długie).

Nie, nie można powiedzieć, żeby Hadreas był wybitnym kompozytorem. Ale chyba nie potrzebuje nim być – jest w końcu wielkim emocjonatorem i to głównie zdaje się przemawiać do jego miłośników. Każdy ze słabych szkiców Perfume Geniusa jest obciążony bagażem niesmacznego dramatyzmu, prosto z filmów Larsa von Triera, ukochanego reżysera Hadreasa, albo albumów Xiu Xiu. Jest tu makabrycznie kończąca się piosenka o romansie z nauczycielem, który pozwalał podmiotowi lirycznemu palić u siebie trawę i nagrał mu taśmę Joy Division – rozumiecie o co chodzi.

Learning to studium tego co najgorsze w hajpowanej muzyce "niezależnej" ostatnich kilku lat. Perfume Genius miętoli ten sam rodzaj histerycznej i odstręczającej wrażliwości, który był już zgniły na drugich płytach Arcade Fire (słaby stadionowy gotyk) i Wolf Parade (brak talentu rozdmuchany w epickich formach) i która uczyniła zeszłoroczny album Antlers praktycznie niesłuchalnym. Niska jakość nagrań, ten odwieczny fetysz niezalu, został wykorzystany na tej płycie w taki sposób, w jaki niektórzy wykorzystują produkcję albo bogate aranżę – do przykrycia formą braku treści. Jest jednak promyk nadziei. Tracklista ułożona jest w chronologicznej kolejności powstawania nagrań a pod koniec albumu następuje nagły skok jakościowy. Nudny z początku "Perry" dogorywa przy akompaniamencie przeszywającego hałasu smyków, który może stanowić pierwsze ciekawe dźwięki na albumie. "Never Did" całkiem nieźle dostawia ambientowe tło do smętnej kameralnej ballady. Gdyby tak jeszcze wyciąć ten głos...

Łukasz Konatowicz    
21 grudnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie