RECENZJE

Penny Lane
Penny Lane

2005, EMI 1.8

Wiele niespodzianek przyniosło ze sobą pojawienie się zespołu Penny Lane. "Słuchamy rocka / Tańczymy / Bawimy się". Nie mam nawet na myśli faktu, że swoją nazwą zgrabnie przypomnieli niejakich The Beatles. O nie. "Jest wiele dróg / Którymi chciałbyś pójść / Uśmiechu i / Nadziei na przyszłe dni". Bardziej chodzi o to, że debiut supergrupy mógłby być interesujący. "Pójdziemy za rękę / Sami / Daleko". A w każdym razie na pewno nie musiałby tak żenować. "Jesteśmy tacy bo tacy właśnie chcemy być". W "Teraz Rocku" bodajże przeczytałem, że krążek bogaty jest w światowej klasy solówki gitarowe. "My name is Donnie Brasco! / My name is Penny Lane!". To zabawne, ale coś w tym jest; same kawałki nie są tu żadnym problemem, przeciwnie: nagrane przez pierwszy z brzegu brytyjski zespół mogłyby być opoką dla solidnego albumu. "Sugar baby love / Sugar baby love / Jesteś królową moich snów / Królową moich snów". W miarę nieprzeciętnych hooków mamy tu całkiem sporo; pod tym względem krążek nie ustępuje takiemu Paczatarez. "Zabierz koleżanki / Koledzy przyjdą sami". Mroczny "Kałasz" czy też mający "samochodowy" drive "XXI Wiek" to umiejętnie napisane i treściwe numery, bez dwóch zdań. "Popatrz jak niebo zmienia się / Ty to wiesz / Życie tak krótkie jest / Ja to wiem". Z kolei taki "Donnie Brasco", choć nie do końca podoba mi się profanujący Republikę motyw ze złowieszczym śmiechem plebsu, oferuje zgrabny riff.

Nie ma jednak potrzeby zagłębiania się w niezły songwriting albumu, gdyż w obliczu innych cech płyty staje się on bez znaczenia. Bo to jest tak na przykład, że tego nie da się słuchać. Heh. Po pierwsze, nie wiem czemu kolejny raz ktoś nam postanowił przypomnieć, że karłowatość rodzimej sceny prowokuje niekomercyjne kapele gitarowe do uważanie się za dobre, ze względu na to, że są niekomercyjne i gitarowe. Gdy do tego jeden z członków grupy zna Sonic Youth, gdy zwykłe zdanie "ostatni jest pierwszym" przemieniane jest w piosence w piękne niezal-zdanie "ostatni pierwszym jest", gdy na perkusji gra kolega z bardziej znanego zespołu, to serio serio można zapomnieć, że nie jesteśmy na koncercie Strokes w Nju Jorku. Jak widzicie rozwszechpanoszona atmosfera pseudo odejmuje krążkowi dobre dwa duże punkty. Wytwórnia w reklamówkach dzielnie tymczasem próbuje ubrać słowami brzmienie Penny Lane w lata 60-te, psychodelię i Queens Of The Stone Age. Chciałbym może i doczekać takiego krążka u nas, ale ten tu na stole to niestety toporny polnische rock'n'roll jest, owiany mdławymi jak nigdzie indziej na obydwu półkulach wokalami i szokująco kompromitującymi tekstami. Cytatami raczyłem zresztą wyżej. Gwiazdy rodzimego mainstream-popu z Wiśniewskim na czele przynajmniej nie udają, nie ma silenia się. A co, całkowicie na poważnie, czyni dream-team Penny Lane (Lame), nasze New Pornographers, nasze Sea And Cake? "Niebo błękitne jest / Leżę w trawie pośród drzew / Oł je ije ije". Jakiś melanż będzie w weekend chłopaki, to wam puszczę, doznacie. Z drugiej strony to smutne, że znów nam uprzytomniono, że żyjemy w skansenie. Polski rock udanie kontynuuje starania o dopisanie do listy Unesco.


(Jeszcze mały disclaimer co do ilości punktów. Ocena naukowa, uwzględniająca stosownie wszystkie elementy albumu, wynosi 2.5. Przytłaczające mózg ponad miarę teksty i szerzej "osnowa" krążka sprawiają jednak, że doznanie oscyluje wokół poziomu 1.0. Nie wiedząc jak rozwiązać tę kolizję między umysłem a sercem, wyciągnąłem średnią arytmetyczną z obu danych, dodając ostatecznie jeden małym punkcik in plus dla zespołu. Trzymka.)

Jędrzej Michalak    
29 marca 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie