RECENZJE

Pearl Jam
Riot Act

2002, Sony Music 4.0

Ze wszystkich dobrych / poprawnych zespołów trudno o bardziej ignorowany w niezal-światku. Pearl Jam traktuje się z ignorancją, lekceważeniem, pobłażaniem, niechęcią, czasami jak powietrze. Wynika to pewnie z tych niechlubnych korzeni: zjawisko grunge'u wydaje się z perspektywy czasu wieśniactwem, a dla ludzi słuchających na początku lat 90-tych trochę lepszych zespołów na "p" goście z Seattle musieli wydawać się super-parobkami ze swoim stylem ubraniowym, obecnością na pierwszych stronach pism młodzieżowych i opowieściami o trapiących ich neurozach, dołach, depresjach. Pearl Jam trafili w najgorsze z możliwych miejsc w czasoprzestrzeni, obdarzeni specyficznym patetyczno-rozpłakanym rodzajem wrażliwości, zostali nie tylko wchłonięci w rodzącą się modę, lecz także wyniesieni na piedestał i ogłoszeni tak zwanym głosem pokolenia (what's up?). Wypowiedzi pokroju "I'm no fucking Messiah" tylko komplikowały sprawę.

Cała otoczka mogła nieco przyćmić obiektywną ocenę muzycznej strony przedsięwzięcia, a ta powinna być, moim zdaniem, pozytywna. Przez długi okres jaki upłynął od rockowego boomu, utarło się, że najlepszy jest debiut z 91. Posłuchanie Ten po raz pierwszy od 154 lat jest w stanie dostarczyć kilku interesujących spostrzeżeń. Na przykład, piosenki w rodzaju "Even Flow", "Why Go" i przede wszystkim "Once" są rzeczywiście dobre. Niezły poziom prezentują właściwie wszystkie utwory, a jeśli na podniosłą atmosferę grunge'owego święta spojrzeć z przymrużeniem oka, płytka dodatkowo nabiera uroku. Po Ten mieliśmy Vs i Vitalogy – ta ostatnia stanowiła dla grupy mały przełom: brzmienie świetnych "Last Exit", "Spin The Black Circle", "Not For You", "Corduroy" i ciekawostki w rodzaju "Hey Foxymophandlemama" nareszcie można było zaprezentować bez żenady i wstydu, uczuć które towarzyszą przyznawaniu się do fascynacji debiutem seattle'owskiego monstera. Oddzielnym rozdziałem są te słynne ballady, natchnione songi, zwane też "menami". Dla jednych wzruszające, dla innych smęcące shity. Mnie tam nie przeszkadzają.

Dwa lata później nastąpiło coś nieoczekiwanego, coś całkowicie świeżego, za co Pearl Jam cenię. No Code nie posiada wiele punktów stycznych z trzema wcześniejszymi płytami, tak naprawdę nie posiada ich prawie wcale. Przy tym jest albumem bardzo fajnym, mimo wszystkich swoich wad i nierówności. Jest też chyba jedynym momentem w historii zespołu, kiedy kolesie postanowili się trochę wyluzować i pierwszym krążkiem PJ bez hymnowania wszystkim zapatrzonym w Veddera burakom, bez mesjanistycznego klimatu. Całkiem poprawnie prezentował się następny Yield, z kolei ostatni Binaural z powodzeniem można potraktować jako pierwszy zwiastun wyczerpywania się twórczego potencjału grupy (dla niektórych tego potencjału nigdy nie było).

Niski poziom Riot Act nie jest w tym kontekście żadnym zaskoczeniem. To zdecydowanie najsłabsza płyta w historii zespołu, ale trudno zauważyć, żeby ktokolwiek się tym przejmował, rozpaczał. Zatem ja również nie mam zamiaru tracić humoru, chociaż kapelę zawsze darzyłem (i nadal darzę) sympatią. Ostatnio natknąłem się na program, gdzie Gossard, Vedder, McCready (zdecydowanie powinien zmienić dietę) oraz Ament opowiadali o nowych piosenkach, o tym co porabiają, o czym są teksty i różne takie rewelacje. Z pewnością cały czas są to wyjątkowo mili i przyjaźnie nastawieni do świata ludzie. Wiele ciepła i pozytywnych emocji wydzielają pearljamowcy, heh. Oprócz tego nadal jako jedni z nielicznych komercyjnych gigantów w znaczącym stopniu starają się ignorować prawa rządzące rynkiem. Bijmy im za to pokłony.

Nie czuję więc wielkiej potrzeby znęcania się nad Riot Act, wystarczy ograniczyć się do kilku banalnych i dość luźnych uwag. Już na samym wstępie drażni wyjątkowo nietrafiony tytuł. W roku 88 Sonic Youth rozpoczęli jeden z największych klasyków muzyki niezależnej od "Teenage Riot". "Teenage". "Riot". Cholera, kiedy nazywa się płytę "Riot Act" to kojarzy się to z "teenage" i "riot" (nie wiem, może tylko mi). A najnowszy krążek Pearl Jam nie jest ani "teenage", ani "riot", ani nawet "riot act" prawdę mówiąc. Z tej prostej przyczyny jego nazwa do mnie nie trafia (chyba że goście ustawiają się po drugiej, ustawodawczej stronie barykady, co miałoby nawet sens).

Drugą taką drażliwą sprawą jest postać Eddiego Veddera. Ja wiem, on zawsze tak śpiewał. Z tym, że jego maniera wokalna z wiekiem posuwa się w coraz bardziej niebezpieczne rejony: za kilka lat zamiast zrozumiałego tekstu możemy otrzymać długi pomruk niedźwiedzia zapadającego w sen zimowy. W swoich poematach wokalista od początku podejmował tematy (a ostatnio podłączyli się też pozostali), których tak na dobrą sprawę nie powinien podejmować, żeby nie narazić się na coelhizmy. Również i tutaj w wielu fragmentach "piętrzy się rockowy patos", mowa tu chociażby o denerwującej zwrotce "I Am Mine" ("The north is to south what the clock is to time / There's east and there's west and there everywhere life / I know that I was born and I know that I'll die / The in between is mine / I am mine"), czy "Love Boat Captain", poświęconemu ofiarom festiwalu Roskilde.

Na Riot Act ponad wszystko brakuje wyrazistych kompozycji i różnorodności, stanowiącej wielki atut wcześniejszych wydawnictw. Wszystko zrobione jest na jedno kopyto, tak jakby kolesiom nawet nie chciało się do tego przyłożyć. Tak na dobrą sprawę jedynym wyróżnikiem staje się kategoria "szybkie" lub "wolne" numery, posługując się terminologią Veddera. Nie dość, że piosenki wiele się od siebie nie różnią, są jeszcze bardzo nijakie. Mamy tu graniczące z zerem wykorzystanie 2,5 gitar: jedyne co daje się zauważyć to McCready sporadycznie wkradający się ze swoimi zdziadziałymi hard-rockowymi solówkami. W kilku kawałkach grupa prezentuje wyjątkową niemoc w zakresie rozwiązań harmonicznych, natomiast przedostatni "Arc", kontynuator tradycji perłowych przerywników to najgorszy ze wszystkich muzycznych żartów w dziejach tej kapeli, bo zrobiony na poważnie. Zaskakujący brak wyczucia, nawet jak na nich. Wygląda na to, że przeciętna płyta.

Michał Zagroba    
26 lutego 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie