RECENZJE

Peaking Lights
936

2011, Not Not Fun 6.6

AR: Dyskografia Peaking Lights rośnie w siłę, zyskując na różnorodności stylistycznej. Wydając 936 podjęli grę, której stawką są wieczorne godziny dorosłych ludzi. Do zwrotu w stronę przystępności posłużyli się oszczędnie psychedelicznym popem wolnych temp. Na wcześniejszych wydawnictwach zajmowali się rozkręcaniem fuzzowych tornad, celowali w rozgrzanych, zatłoczonych i niekiedy jednocześnie melodyjnych wariactwach o ceremonialnym zacięciu, przez które mogły przedrzeć się tylko konkretne śpiewokrzyki. Z niedawnych czasów burzy i naporu, z tego miejsca pragnę polecić długograja Imaginary Falcons i rytualno-garażową dwunastkę Space Primitive.

Teraz wokale są apatyczne, a i tak pierwszoplanowe, bo towarzyszy im szkieletowy akompaniament, przeważnie w duchu chill-electro. Brzmi to wszystko czasem jak Nite Jewel zarażona niegroźną egzotyczną chorobą i stonowanym optymizmem, partia potrafi nawet zrobić wypad w okolice Warpaint ("Tiger Eyes (Laid Back)"). I jakoś tak w pierwszych chwilach chciałem 936 wrzucić do kubła razem z talerzem i sztućcami jako dziełko wyzutych z kreatywności kopistów, a swoją ćwiartkę wykorzystać, nie czekając na ruch ze strony p4k, do pochwalenia ich koleżanki z Not Not Fun – panny Psychic Reality. Jednak po paru następnych momentach tylko odrobinę większego sfocusowania uwagi okazało się, że gdzie Pocahaunted nie może, tam Peaking Lights pośle. Zdolni jednak są ci barbarzyńcy i zmajstrowali łagodnego growera, w którym subtelnie zachowują odrębność, trzymając się w całkiem rozsądnej odległości od linii, za którą jak drony rozciągają się setki mil znużenia niepoliczonymi kopiami tych samych nastrojów, środków i markowanych pretensji. I słysząc w jednym miejscu frywolny mikro-ukłon w stronę Autechre mogę się już tylko swobodnie uśmiechnąć, dzięki. Autentycznie niepozorne uwodzenie w trampeczkach, do uskuteczniania w trakcie masażu partnerskiego i podczas lektury Prostych przyjemności.

RG: Na 936 przyklejono nalepkę Not Not Fun, co właściwie nakreśla brak określania się muzyki na płytce. Właściwie nie ma co wyróżniać jakiekolwiek utworu, wszystko jest odrealnionie, gęste, podszyte nielegalnością i jednak mocno wciąga. Przy tym wszystkim nie pojawia się żadna nuda i magma Imaginary Falcons – każde "plum" ma uzasadnienie w stymulacji. Andrzej ma rację prawie cały czas (może poza zdaniem o poprzedniej płycie), dlatego tylko podkreślę jeszcze raz, że to naprawdę mocny grower.

KM: Z Twittera Zbigniewa Hołdysa: "Nasłuchałem siędzisiaj światowej muzyki, zresztą już drugą dobę trwa nasycanie muzyką. Świat tak pięknie fruwa, tutaj świat pełznie".

MH: Właśnie tak według moich oczekiwań miała brzmieć Make It Real, ostatnia płyta Pocahaunted, nagrana już po odejściu Cosentino i gdy do składu dołączyła m. in. basistka Diva Dompe, przydając ich koncertowemu obliczu wyraźniejszych dubowych rumieńców. Tymczasem na Make It Real ukazała się niestety jego blada powierzchowność. Szczęśliwie gdzieś niedaleko, niedługo później i niespodziewanie o brzasku w gęstej mgle zamajaczyły sylwetki Aarona Coyesa i Indry Dunis. 936 to taka turystyczna ucieczka z szamanem. Jest psychodelicznie i gęsto od oparów, ale też bezpiecznie, wesoło i melodyjnie. Poza mantrowymi zaśpiewami są i piosenkowe formy jak w "All The Sun That Shines", "Tiger Eyes (Laid Back)" czy w najmniej dubowym, opartym na przydymionym klawiszowym brzmieniu "Key Sparrow". Jak na estetykę labelu Not Not Fun produkcja jest bardzo popowa, aczkolwiek ciągle w definicyjnych ramach lo-fi. Poszczególne utwory są na tyle długie by nie traktować ich singlowo, ale też na tyle zwarte, konkretne i nierozlazłe, aby nie odbierać ich jako pro forma wydzielonych z psychodelicznej magmy indeksów. Dlatego możemy mówić tu o growerze. Do tego albumu chce się powracać tak długo, jak długo czekamy na zmęczone świtania po księżycowych upałach. Czaicie.

Krzysztof Michalak     Andrzej Ratajczak     Michał Hantke     Ryszard Gawroński    
22 marca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja