RECENZJE

Peaches
Fatherfucker

2003, XL 3.7

Skrywająca się pod budzącym pikantne skojarzenia pseudonimem Peaches (Rattus Norvegicus, anyone?) panna Merrill Nisker ignoruje granice dobrego wychowania, smaku i kultury. Jej głównym narzędziem wyrazu jest szokowanie. Z tym, że kiedy mówię "szokowanie", mówię SZOKOWANIE. Nie co dzień natrafia się na bezczelne, pozbawione wstydu, wulgarne opisy seksualnych dewiacji, podane jeszcze w obleśnym, bekająco-wypróżniającym stylu. Właściwie każda tego typu forma wypowiedzi jakby automatycznie skazana jest na klęskę. Na niebyt. Jednak skontrastowana z kliniczną, laboratoryjną prostotą i czystością czasem rodzi sensacyjne konteksty. Taki był też główny powód wymiatającej istoty debiutu koleżanki, The Teaches Of Peaches. Bezkompromisowe, suche jak pieprz, krystaliczne "bity electro" stanowiły spryciarsko pomyślane tło dla skandalicznych sloganów. Okropne rockowo-garażowe wprawki imitujące cięższą odsłonę PJ Harvey nakręcały energię. To był mikroskopowy rzut wewnątrz najbardziej obrzydzającej padliny.

"Gówno! Dupa! Gówno! Dupa! Gówno! Dupa! Pierdol się chuju zajebany, ty gnojku, sram na ciebie, rozumiesz pizdku jeden? Chuj możesz wiedzieć kurwa o mnie i moich zainteresowaniach! Wypierdalaj, all right?! Nie chcę cię kurwa widzieć, żałosny palancie. Zrozumiano kurwa?"

Problem z sofomorem Peaches jest dość wyraźny już od inicjalnego zetknięcia. Jak zwykle można by go zakwalifikować jako "wyjałowienie z nowych pomysłów", ale w przypadku Fatherfucker chodzi o coś więcej. Nie tylko jest ta płyta powieleniem patentów longplaya numer jeden, ale na domiar koszmarnego każde dosłownie rozpoznawalne tu novum razi chybioną koncepcją. "I Don't Give A..." pretenduje do nagrody najgorszego openera roku. W asyście srającego, jednoakordowego sampla z "Bad Reputation" Joan Jett nasza wokalistka drze się: "You know what?! I don't give a fuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuck!". Brzmi to naprawdę żałośnie. Jeszcze żałośniej przedstawia się gościnny udział Iggy'ego Popa w "Kick It". To kawałek na zero. Przeplatanie kwestii obojga wykonawców, potencjalnie rysujące "rozmowę" między nimi, sięga den dostępnych chyba jedynie ujemnej kolaboracji Madonny i Britney Spears ("Me Against Music"). Niby Pop zdążył przyzwyczaić do fatalnej dyspozycji, ale to i tak ściska dupę.

"A nie mówiłam ci kurwo pogięta iść się jebać?! Weź się utop ty fagasie w wybielaki szarpany! Ni chuja, kurwa! Nie będziesz mi kurwa mówił! Zamknij tę mordę cielaku!"

Kiedy jeszcze Peaches czerpie wprost z geometrycznych pochodów i rwanego deklamo-flowu pierwszego krążka ("Tombstone", "The Inch", "I'm The Kinda"), ratuje twarz przed kompletną kompromitacją. Lecz nawet bazowanie na sprawdzonych patternach w przeważającej większości potwornie zawiewa nudą. Dziś monotonny szkic "I U She" sprawia wrażenie wyblakłego i przedawnionego. Zimny kobiecy głos wielokrotne powtarzający "I don't have to make the choice / I like girls and I like boys" ponad banalnym rytmem wygenerowanym za pomocą wciśnięcia jednego przycisku Rolanda 505 załamuje prymitywizmem. Są lepsze sposoby na manifestację biseksualizmu. Peaches nie zauważa cienkiej linii między wylewną otwartością a debilnym ciotowstwem. Szczytem beznadziejności jest ocierający się o tani kabaret dla zboków "Shake Yer Dix", składający się głównie ze zdań uwłaczających jakiemukolwiek cytowaniu, okraszonych pierdzącym brzęczeniem keyboardu. Dlaczego nie zaprosiła Jeffa Wooda do duetu, wpasowałby się idealnie!

"Odpierdol się ode mnie ty kangurze zakichany! Mam cię głęboko w dupie małpo stara! Jestem kurwa zajebista! Ha ha! Ciągnij sutki jebaku! Z kiciorem frajerze!"

Podobno podczas jednego z występów Peaches facet odpowiedzialny za nagłośnienie chwycił swoją dziewczynę, zabrał ją do łazienki na zapleczu i się pieprzyli. Cóż, zajebiście, ale ja tu przyszedłem posłuchać płyty. Tylko klarowny cyfrowy rap "Bag It" udanie realizuje ideę synth-clashu chwytliwego "na przekór" surowości i dobija terenów zaznaczonych przez The Teaches Of Peaches. Hook refrenu chwilowo zachwyca quasi-cyber-funkowym vibe'em: formę to ma. Niewiele. Reszta materiału zdradza, że Peaches intryguje na płaszczyźnie obyczajowej, a nie artystycznej. Na zasadzie słonia z dwiema trąbami, tudzież baby z trzema cyckami. Albo z brodą, jak powyżej na okładce. Widzicie, recenzja Peaches nie może nie być chamska. Okazuje się, że przez marne trzy latka można zejść z solidnych poziomów na wierutne niziny. Nie doznałem.

Borys Dejnarowicz    
26 października 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie