RECENZJE

Paul McCartney
Chaos And Creation In The Backyard

2005, Parlophone 6.5

Sądzę, że jesteśmy coraz bliżej. Jesteśmy coraz bliżej chwili, w której bieżący, kilkudziesiąty album w dorobku zasłużonego weterana-chodzącej-legendy sięgnie normalnej listy roku, obok teraźniejszych bandów, *bez* wspomagania się mitami z przeszłości. Spójrzmy kto się ocierał. Dylana Time Out Of Mind za takową rzecz uznawano, ale jak już gdzieś wspominałem, wiało od tego nudą. Cohen raz na parę lat wraca se z klasztoru buddyjskiego i jest bardzo dobrze, jest magia, choć materiału nieco brakuje. Tom Waits w ogóle nie schodzi nigdy poniżej pewnego poziomu, choć dla mnie to tam wiecie, Bone Machine ostatnio wymiatało (inna sprawa, że średnio wracam do takiej muzy). Mijający rok również sprzyjał najsłynniejszym muzykom w dziejach. Stonesi nagrali blues-rockową fiestę autoplagiatów i od razu dostali zachwyty w reckach (co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że wciąż mają więcej charyzmy, niż czołowa piątka roku "NME" razem wzięta). No i McCartney ze swoją "poważną", "rozrachunkową" płytą – kto wie, czy nie zaszedł z tego towarzystwa najdalej. Większość komentarzy wskazuje zgodnie: jego najlepsza rzecz OD LAT. Ja tam wiem? Nie pożerałem nigdy solowej dyskografii Paula – jakieś Tug Of War się na kasecie wala, 2CD składanka post-Beatles i pamiętam, że Standing Stone zalatuje symfonią. Może Karol coś będzie wiedział.

Co było kluczem do tego sukcesu? Mógłbym odpowiedzieć: piosenki, ale taka argumentacja wydaje się zniewagą dla jednego z dwóch najwybitniejszych żyjących songwriterów ever, którego dorobek to blueprint dla "piosenki" pop/rockowego światka, od XTC przez Oasis po Of Montreal. Natomiast konkretnie ujmując, chodzi tu o zadziwiającą aktualność i adekwatność tych numerów. Z powodzeniem można je wcisnąć między contempo-indie i nikt by nie musiał ich "bronić" w obliczu młodszych trendów. Mistrzu w absurdalnie naturalny, beztroski sposób odnalazł tu niszę intymnych, starannie przygotowanych niezal-ballad i odniesienia same się cisną. "Jenny Wren" pasowałoby na krążku Jima Guhtrie. "At The Mercy" sorewicz, ale następne Radiohead mogłoby tak brzmieć NA LUZIE. "English Tea" fika dostojnie jak kolejny unreleased track z tego boxu XTC. Atmosferyczne, przestrzenne i delikatne pieśni w duchu "Too Much Rain" są niby odrzutami z Yankee Hotel Foxtrot. "Riding To Vanity Fair" sugeruje mroczną, powolną odsłonę ostatnich dwu pozycji SFA. Reszta zaś przypomina o *klasie* gościa i czyni hype'owane dziś Boy Least Likely To czy Lucksmiths niepotrzebnymi. Dodajmy warstwę liryczną odbijającą dramatyczne przejścia w życiu prywatnym z zeszłych kilku lat (kto się interesuje, wie jakie) – w opozycji do lwiej części "niepoważnych", "rozrywkowych" dokonań pana PM, to dzieło porusza szczerą refleksją – i mamy świetność w pełnym słowa znaczeniu.

So, who's next for the (emeryten) party? Luke żartował, że Barrett się obudzi i przeskoczy wszystkich tych psych-folkowców przedśmiertnym arcydziełem. Spoko, dobra opcja, ale ja ciągle stawiam na zapowiedzianą współpracę głównej postaci tego artykułu z drugim świrem co dwa dni później urodziny obchodzi i też od basu zaczynał (zauważmy, że moment idealny – obaj są niejako na topie). Śmieszne – kiedyś tak "stawiałem" na kolaborację RH i Massive Attack, i do dziś się nie doczekałem. Ale powiadam wam: gdyby Macca i Brian zasiedli z ansamblem od SMiLE do minorowych tonacji, spróbowali jeszcze lepsze jakościowo Chaos skrzyżować ze szlachetną nostalgią Surf's Up, a tekstowo spojrzeć brutalnie wstecz z perspektywy swojego wieku (typu Cashowe "Hurt"), to w dobie regularnej dewaluacji i braku sensu nowych wydawnictw mogliby nie tylko (to z palcem w dupie) skompromitować sezonowe beztalencia w rodzaju Killers czy Kaiser Chiefs, lecz nawet pokusić się o album roku! Warunek powodzenia to jednak zupełny brak auto-odniesień, zero cytatów z własnej twórczości i ewentualnego lizania się po małżowinach usznych za pomocą mrugania do siebie powiekami. Podobne "serdeczne" zabiegi pod publiczkę bezwzględnie pogrzebałyby potencjał projektu. Trzymajmy kciuki więc, aby nasz bohater mógł serio zaśpiewać "When I'm 64" już z wyjątkowym w historii indywidualnej kariery osiągnięciem na koncie.

Borys Dejnarowicz    
5 grudnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja