RECENZJE

Patrick Wolf
The Magic Position

2007, Universal 6.0

Niedawno czytałem wywiad, w którym Patrick Wolf stwierdził, że poczuje się spełniony artystycznie, gdy usłyszy jakąkolwiek ze swoich piosenek wykonywaną w X Factor. Tym albumem zdecydowanie zbliża się do tego upragnionego celu. Jest to bowiem jego zdecydowanie najbardziej przystępna, popowa wręcz, płyta brzmiąca momentami jakby wokalista oznajmiał bojowo – "Get ready Simon Cowell, here I come". Poza tym spójrzcie na okładkę: Patrick, sportetowany na niej w trakcie zabawy w wesołym miasteczku, niebezpiecznie przypomina swą czerwoną czupryną Michała Wiśniewskiego będącego od lat ulubieńcem uczestników muzycznych talent-shows.

Mało na tym krążku smutku i melancholii w tak dużej dawce obecnych przecież na Lycanthropy czy Wind In The Wires. W tytułowym kawałku artysta oznajmia, że odnalazł "major key", a większość piosenek jawi się być tego znaleziska potwierdzeniem. Zakochało się chyba chłopięcie. Ostatnim albumem, który tak jasno dawał do zrozumienia słuchaczom, iż powstał w czasie gorącego romansu jego twórcy był ubiegłoroczny, nieudany Ringleader Of The Tormentors. Patrick nowym Morrisseyem nie jest, bliżej mu do zmieniającego skórę jak kameleon Davida Bowiego. Oczywiście należy pamiętać o kontekście takiego porównania: jeśli Wolf mógłby być nazwany Bowiem naszych czasów to tylko ze względu na muzyczną słabość współczesności, a nie ze względu na swoje zdolności. Tych mu oczywiście nie brakuje, nie przeczę, jednak za dużo jest na The Magic Position wypełniaczy, by móc głosić wszem i wobec jakim to geniuszem jest Londyńczyk. Dodać należy, że najsłabsze kawałki z tej płyty są o klasę gorsze niż podobne wpadki z poprzednich albumów. Z drugiej strony najmocniejsze fragmenty tego krążką wydają się być najfajniejszymi piosenkami z wszystkich kiedykolwiek nagranych przez Patricka. Takie to właśnie nierówne wydawnictwo. Zacznijmy może jednak od początku.

Start jest wyjątkowo mocny – "Overture" dorównuje najlepszym momentom poprzedniej płyty, jednocześnie wskazując, że muzycznie Wolf wciąż mieszka w tej samej krainie. Trochę synthów, skrzypce, jakieś szumy, dzwonki i trzaski w tle. Następny w kolejce czeka najbardziej optymistyczny utwór nagrany w krótkiej karierze Patricka, tytułowy "The Magic Position" będący uroczym i prostym wyznaniem miłości: "It's you who puts me in the magic position, darling". To jedna z tych piosenek, która nie brzmiałaby w "Idolu" jak zupełny intruz, choć w wykonaniu a capella bardzo brakowałoby na pewno partii skrzypiec, głównego motoru napędowego tego songu. Innym fragmentem niemalże stworzonym do nucenia sobie pod nosem jest znajdujący się pod dziesiątką "Get Lost", urzekająca opowieść o chęci zagubienia się gdzieś z ukochaną. "Leave our bikes down at the station / And lose all sense of direction" śpiewa wokalista i założę się, że niejedna ze słuchaczek w tym momencie wizualizuje sobie siebie samą zatracającą się przy boku Patricka. Tłem dla tych romantycznych uniesień są zarejestrowane przez Wolfa dawno temu na taśmie odgłosy dobiegające z salonu gier mieszczącego się na pier w Brighton. Ktoś kto choć raz był na jakimkolwiek brytyjskim molo zapewne z nostalgią wspomni taką wizytę wsłuchując się w "Get Lost". Wata cukrowa, lody, karuzela, te sprawy. Warto wspomnieć jeszcze o dwóch kolejnych highlightach: najdłuższym na płycie dramatycznym "Bluebells" i "The Stars", którego finał (od momentu, w którym matka podmiotu lirycznego szeptem nakazuje mu: "Look up! Look up! The Stars!") jest zdecydowanie najjaśniejszą chwilą tego albumu. Nie przeszkadza nawet jakże wyeksploatowany frazes o gwiazdach - miejscu, z którego spoglądają na ziemię zmarli.

Niestety na tym czas skończyć wychwalanie Wolfa. Poza pięcioma wspomnianymi utworami pozostałe wydają się bądź nijakie – "Augustine" czy singlowy przypominający dokonania Gary'ego Numana "Accidents & Emergency", bądź wręcz zbędne – tu nużący "Enchanted" i wyjątkowo nieudany duet z Marianne Faithfull w "Magpie". Ta ostatnia piosenka brzmi tak, jakby Patrick uznał, że sama obecność dawnej muzy Stonesów wystarczy do zachwycenia słuchaczy stąd brak tu zapamiętywalnej melodii czy czegokolwiek innego, co mogłoby przyciągnąć choć na chwilę uwagę. Snuje się ten utwór przez niemal cztery minuty bez żadnego celu. Szkoda. Nie przekonuje również pomysł przedzielenia niektórych piosenek krótkimi instrumentalnymi wstawkami. Burzy to tylko klimat całości i niepotrzebnie wybija odbiorcę z rytmu.

Lubię tego młodzieńca, nawet mu trochę kibicuję, więc będę starał się zapamiętać z tej płyty głównie jej lepsze momenty, a o wpadkach mam nadzieję szybko zapomnieć. Czego i Wam życzę.

Tomasz Waśko    
20 marca 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja