RECENZJE

Paper Chase
Hide The Kitchen Knives

2002, Beatville 7.2

Od: polish alt-fan
Temat: wasze recki...


Witam

Niestety, będę musiał poświęcić kilka cierpkich słów niezidentyfikowanemu obiektowi sieciowemu pod nazwą Porcys.com, którego niepokorni członkowie najwyraźniej nic nie robią sobie z moich maili, wciąż je ignorując. Pisałem już siedem razy. Cóż, raz jeszcze daje wam szansę i ponawiam próbę. My, rozsądni czytelnicy, łączymy się w jedności przeciwko waszej beznadziejnej stronie. Skoro nie chcecie rzeczowej i argumentowanej dyskusji na swój temat, będziemy musieli podjąć inne środki, by doprowadzić do zlikwidowania portaliku. Wyjdziemy najwyżej na ulice z drewnianymi kijami, ale dopniemy swego. Obiecuję.

Od ponad roku banda zadufanych w sobie kmiotków, żyjących chyba w przeświadczeniu swojej wielkiej wartości, uprawia na szeroką skalę pretensjonalną grafomańską twórczość pisarską, nazywając ją w dodatku "recenzjami". Żadne próby dotarcia do mózgów tych niekompetentnych szyderców nie przynoszą efektów. Trzeba być naprawdę chorym umysłowo, żeby tkwić w przekonaniu o swojej nieomylności i genialności. Mania doskonałości w wykonaniu "redaktorów" tego, jak to nazywacie "niezależnego serwisu muzycznego" dawno przekroczyła już dopuszczalne normy. Czas powiedzieć nie. I my mówimy nie.

Oczywiście cała załoga tej godnej pożałowania szajki jest po stokroć beznadziejna, ale ja wyjątkowo upatrzyłem sobie jednego konkretnego niekompetentnego szydercę. Mam tu na myśli Borysa Dejnarowicza, którego teksty pozostawiają mnie w uczuciu zniesmaczenia i pogardy dla absolutnego beztalencia, jakie reprezentuje. To z jego klawiatury padły tak wybitne sformułowania, jak na przykład: "Wiele zrzędzących mądrali zwykło niedoceniać wczesnych Beatlesów. Hej, leczyć się! Każdy kawałek Fab Four ma w sobie taką magię, że powinniśmy co chwila klękać przed nimi jak przed ołtarzem!". A co pan, panie Dejnarowicz, powie, jeżeli ja nie klękam przed tak bardzo przereklamowanym zespołem, jak The Beatles i na marginesie mam ich w głębokim poważaniu? Nie przewidział pan, że pana gust nie jest jedynym możliwym na tej planecie? Swoją drogą, The Beatles to dla mnie straszne gówno, to pierwszorzędny zespół drugorzędny, ale jeśli lubicie sobie w tym całym Porcys posłuchać miernych przebojów z tekstami o niczym, to jasne, polecam.

Ale do rzeczy. Wiele artykułów pana Dejnarowicza zdradzało jego niski poziom myślowo-intelektualny, ale miarka przebrała się przy publikacji recenzji grupy Paper Chase. Uważam, że to kwintesencja całego wysilonego artyzmu, którym ten redaktor raczył nas od długiego czasu. Oraz porażająca dawka bezczelnego snobizmu, który mierzi kogoś oczytanego w profesjonalnych i rzeczowych polskich źródłach o muzyce alternatywnej. Pan Dejnarowicz w pierwszym akapicie pisze między innymi, że "Oto jest sytuacja, jaką kochamy: nieznana nikomu płyta nieznanego nikomu zespołu pojawia się niespodziewanie w Porcys", określając się też mianem "elitysty". Wielkie nieba, czyż nie jest to zwyczajne popisywanie się przed niewtajemniczonymi czytelnikami? Ale powiedzmy sobie, czy na tym ma polegać praca osoby zajmującej się pisaniem o muzyce? Aha, racja, to nieodłączny element jakże cudownych recek na Porcys – podkreślanie, że wszystko jest takie nieznane, niedostępne w kraju i takie niezależne. Zapomniałem, przecież to jest naczelna zasada oceniania płyt w rzeczonym serwisie – jeśli album jest powszechnie znany, nie może liczyć na obiektywną analizę i dostaje zwykle najniższe noty, podczas, gdy tytuły nic nie mówiące przeciętnemu słuchaczowi nie schodzą poniżej 7.0, prawda?

Wracając do recenzji, jest ona idiotycznym popisem pseudo-artystycznego języka, który nijak ma się do przybliżenia stylu, czy brzmienia danego wykonawcy, operując jedynie pustymi słowami, masą nic nie znaczących przymiotników i ozodbników. Oto przykładowy fragment:

"Już na samym wstępie, w neurotycznym, fortepianowym marszu 'I Did A Terrible Thing', otrzymujemy solidną dawkę podniosłej, diabelskiej estetyki z pogranicza nowofalowej ambiwalencji i gotyckiego eksperymentu. Drugi na płycie 'Where Have Those Hands Been' jest prowadzony przez cięty, desperacki, zboczony riff jadowitego wiosła, niczym naostrzony nóż z okładki. Podobny patent zespół zastosował też w 'I'm Gonna Spend The Rest Of My Life Lying'. Podziały rytmiczne są nieoczywiste i trudne do wyczajenia. Gęsta tkanka dźwiękowa kipi od kolorów, inkrustowana smykami, dęciakami, keyboardem i urywanymi fragmentami nagrań plenerowych".

I dalej:

"Do perfekcji grupa doprowadziła tę swoją zwariowaną mieszankę w 'Don't You Wish You Had Someone', gdzie po wyraźnie avant-punkowym otwarciu kompozycja przeradza się w swobodne smęty typu średnio-mroczne The Cure na wizjonerskich narkotykach. Jednak nerwowy motyw powraca, efektywnie uzupełniając schizofrenicznie porwaną konstrukcję i utrzymując w ryzach formę, by ta sama się zwieńczyła dysonansowym crescendo".

Brawo, panie Dejnarowicz. Użył pan słowa "crescendo", znakomicie! Co to ma jednak wspólnego z w miarę sensowym oddaniem zawartości omawianego krążka? Może powinien pan pisać do szuflady, żeby nikt tego nie czytał oprócz pana? Bo ja, i sądzę, że wielu innych odwiedzających wasz "serwis", chciałbym się dowiedzieć czegokolwiek o tych utworach. Gdyby nie porównanie, także niejasne, do The Cure, to w ogóle nie miałbym pojęcia, jak się przedstawia to Paper Chase. W porządnie napisanej recenzji powinno być rzuconych około piętnastu nazw i wtedy czytający wie, czego się spodziewać mniej więcej. Myślę, że powinniście sobie wziąć to pod uwagę następnym razem.

W piątym akapicie pan Dejnarowicz pisze o tekstach:

"Liryka Johna Congletona, charyzmatycznego lidera formacji, przyjmuje czasem formę bluźnierczych apokryfów biblijnych, kiedy indziej zaś są to wyrwane z kontekstu paranoiczne zapiski dotyczące myśli samobójczych lub koszmarów towarzyszących autorowi podczas nocnych zmagań ze snem. Wizja świata wykreowana w tych tekstach nie pozostawia wątpliwości co do pesymistycznego przesłania, post-milenijnego napięcia i strachu, opanowania zdrowej osobowości przez zżerającą ją od wewnątrz chorobę, paraliżującą i uniemożliwiającą rozsądne spojrzenie na zewnętrzność. Congleton przeradza się momentami w rozpiętego między piekłem a ziemskim złem kapłana, świadomego nieuchwytnej definicji obu pojęć i próbującego przenieść je na płaszczyznę prywatnych rozważań o losie. Istotnie, tragiczna, wyolbrzymiona pod tym względem poza, hipnotyzuje odbiorcę i skupia jego uwagę na ciemnej, osobistej narracji".

Świetnie, ale nadal nie wiem, jakie są na tej płycie teksty. Może należało coś zacytować? Nie sądzi pan?

Na zakończenie otrzymujemy zbiór nikogo nie obchodzących uwag pana Borysa, w których raz jeszcze dał on dowód swojego karygodnego snobizmu:

"Paper Chase istnieją zaledwie pięć lat, a Hide The Kitchen Knives jest dopiero ich drugim pełnowymiarowym dziełem (pierwsze z 2000 roku nosiło tytuł Young Bodies Heal Quickly, You Know), ale już mogą mówić o własnym, wypracowanym znaku rozpoznawczym. Podejrzewam, że gdyby dano mi do przesłuchania dziesięć piosenek, nie mówiąc, kto je stworzył, byłbym w stanie rozpoznać tę Paper Chase już po kilku sekundach. To sporo, jak na tak młodą grupę. Krytycy też nie bardzo wiedzą, co z nią począć; ostatnio spotkałem się z porównaniem do Black Dice, ale jeśli już, to chyba do wczesnego, bo przecież nie do Beaches And Canyons, to dwie różne bajki. Coś z depresyjnego klimatu Xiu Xiu? A w ogóle, to muszę wam powiedzieć, że sam jeszcze przez te lata na tak dziwaczną ekspresję nie trafiłem. I choć są tu słabsze chwile, to Hide The Kitchen Knives pozostanie w mojej pamięci, jako bardzo oryginalna, bezkompromisowa próbka tej ekspresji".

Akurat mało mnie obchodzi, na co pan Dejnarowicz trafił, a na co nie, natomiast wcale nie poszerzyło to mojej wiedzy na temat tego zespołu. Zresztą, w ogóle ta recenzja nic mi nie dała. Mdła, rozdmuchana, snobistyczna. Brakuje wam pomysłów na te recenzje. A no tak, zapomniałem, przecież to Porcys.

Nie pozdrawiam,
Polish alt-fan,

PS. Mógłbym poznęcać się podobnie nad wszystkimi waszymi artykułami, jakie się ukazały na waszej genialnej stronce i wytknąć wam mnóstwo błędów merytorycznych tam tkwiących, ale nie będę sobie strzępił języka, a poza tym prowadzę konkurencyjny serwis zajmujący się alternatywną muzą i tym lepiej dla mnie.

PS2. A Totoszko śpiewał "in the U.S.S.R.", ale wy chyba słyszycie inaczej; szkoda, że przed założeniem stronki nie wydaliście paru złotych na przeczyszczenie uszu.

Borys Dejnarowicz    
27 lutego 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy