RECENZJE

Panda Bear
Tomboy

2011, Paw Tracks 6.9

WK: Powracający Panda tym razem odwraca się od tych dziwniejszych pływów, być może podobnie jak Whitman szukając w Lizbonie cichego esprit. Jego głos jest głównym instrumentem i gdy ciągnie się nad wodami, to w kontekście Fall Be Kind, nie zaskakuje. Uspokojony Lennox nadal jednak ujmuje swoją konstrukcją egzotyki, wychylając się z omywanej falami groty przylądka Roca, raczy raz świdrującą i szeleszczącą psych-tynkturą, by naraz zwrócić się w dżunglę Simby i Pumby w swej białaskiej interpretacji afrykańskich szant. Sporo autoplagiatury, a może nawet jakiś Guincho skoro jesteśmy na półwyspie, rozległe, lecz już charakterystyczne, inspiracje wszystkim od Beach Boys po Genesis, każą powątpiewać czy ten szaman Ery Wodnika potrafi nas jeszcze wprowadzić w stan ekstatyczny. Owszem, robi to. Może więcej w tym lewitacji niż konwulsji, ale dalej album unosi się te 30 centymetrów ponad tegoroczny poziom. No i jest kawałek o Benfice. Mecz Benfiki z Anderlechtem to prawdopodobnie moje najbardziej archaiczne wspomnienie futbolowe. Dwa gole Caniggii w tym spotkaniu i wyryty w tablicach pamięci (później jeszcze wielokrotnie zasłyszany) epitet "błyskotliwy technik", na jaki Argentyńczyk zasłużył u Szpakowskiego. I w przypadku Pandy jest jak znalazł.

PM: Należę do grona tych pięciu bądź sześciu osób na świecie, które zgadzają się ciągle w pełni z oceną Person Pitch na Porcys. W teorii krążek Lennoxa sprzed czterech lat powinien być jednym z moich ulubionych jamów, ale te beachboysowe harmonie wcale nie są tam przecież na poziomie beachboysowych harmonii, a metafizyki, nad którą rozprawiało zawsze gro krytyków nie dane mi było jeszcze w tym życiu doświadczyć.

W kontekście powyższego Tomboy nie rozczarowuje jako spadek formy, a dopełnia jedynie obraz spalonego słońcem popołudnia Person Pitch swoimi wieczornie stonowanymi melodiami i neurotyczną aurą. Album funkcjonuje niczym rewers poprzednika – zamiast wielowątkowych, dusznych i gęstych kompozycji oferuje krótsze, bardziej konwencjonalne struktury z dużą ilością Blake'owej przestrzeni. Tak jak wcześniej głos Lennoxa zatracał się nieco w produkcyjnym gąszczu, tym razem staje się instrumentem prowadzącym, wypełniając pozostawione przez aranżacje czarne dziury. I jest także "Afterburner", czyli prawdopodobnie najbardziej singlowy utwór, jakim Panda Bear mógł się kiedykolwiek pochwalić.

ŁK: Panda Bear mówił, że przy nagrywaniu Tomboy inspirował się Nirvaną i White Stripes. To oczywiście nie jest jego "rockowy" album, nikt chyba nie oczekiwał, że tak będzie. Ale faktycznie jest to żywe granie, oparte o żywe bębny. Na Person Pitch słyszeliśmy rozlewające się we wspomnieniach rozmaitych nagrań zapętlone jamy. Na "Tomboy" mamy po prostu gościa grającego na swoich instrumentach swoje utwory. Produkcja jest tym razem bardziej wyrazista, tracki krótsze i bardziej przystępne.

I tak nie da się pomylić Pandy z nikim innym. Tomboy zaczyna się od "You Can Count On Me", schematyczna lennoksowska przyśpiewka, coś jak weselszy "Ponytail". Sympatyczna, ale mało interesująca. Jeszcze mniej ciekawy jest "Surfer's Hymn", tak sztampowe jak tylko kawałek Pandy Beara pod tytułem "Surfer's Hymn" mógłby być. Więc tak, jako następca jednej z ostatnich płyt, która serio się liczyła nowy Panda zawodzi. Ale jest tu dużo świetnych momentów. Lennox ciągle znajduje ciekawe melodie – jak w tytułowym numerze i ślicznej "Benfici". Ciągle też potrafi tworzyć hipnotyczną, wygrzaną na słońcu psychodelię ("Drone", "Scheherezade").

FK: Jedynym albumem Pandy jaki słyszałem przed Tomboy'em był jego poprzednik i nigdy nie miałem szczególnego ciśnienia żeby zagłębiać się w cokolwiek innego. Dlatego w moich oczach Panda Bear to jednorazowy projekt, obliczony dokładnie na jedną siedmioindeksową płytę. I właśnie Lennox dolepił do niej ciąg dalszy, którego absolutnie nie oczekiwałem. Ale nie szkodzi. Gładko wchodzą mi w głowę niektóre fragmenty Tomboy'a, a niektóre nie wchodzą mi w ogóle (to chyba te, gdzie jest mniej repetycji, np. mocno jękliwy "Last Night At The Jetty", czy "Surfer's Hymn" ), bo Lennox poszedł w stronę przystępności. Krótsze, bardziej zwarte formy, większe aranżacyjne bogactwo, utwory sprawdzające się po wyjęciu z albumowego kontekstu, etc. Do poprzednika tegoroczny album nawet nie próbuje startować, zapomnijcie w ogóle o jakichkolwiek odniesieniach poza wokalem, ale skoro już znudził się Wam James Blake, to macie coś, co się trochę kojarzy, jest lepsze, a postać twórcy wciąż wzbudza mnóstwo pozytywnych emocji.

Łukasz Konatowicz     Wawrzyn Kowalski     Patryk Mrozek     Filip Kekusz    
26 maja 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja