RECENZJE
Panda Bear

Panda Bear
Panda Bear Meets The Grim Reaper

2015, Domino 6.7

"Get just what you need" – tymi wyśpiewanymi na modłę beachboysowskich uwertur słowami z "Sequential Circuits" Noah Lennox otwiera najdojrzalszy album w swojej dyskografii. W tych słowach nie wybrzmiewa spekulatywna pewność, ale (tak się wydaje) wywalczona w pocie czoła wiedza dla wtajemniczonych, którą mieszkaniec Półwyspu Iberyjskiego postanowił podzielić się ze światem. Choć ta dewiza nie wydaje się niczym specjalnie odkrywczym, to jednak Panda Bear buduje wokół niej cały koncept, dotykając w jego obrębie takich kwestii, jak "stawanie się" łączone z ciągłym procesem zachodzących na przestrzeni całego życia zmian czy choćby gorzka niemożność powrotu do cudownych momentów z przeszłości, w obliczu której wszelkie inne idée fixe jawią się wyłącznie słodką igraszką. Słychać to w przepięknej, międzyplanetarnej, podszytej Debussym impresji "Lonely Wanderer", w której Lennox przywdział szaty współczesnego mędrca-filozofa i w pełnej zadumie pyta: "If you look back?" "What have you done?" "What did you do?" "Was it worthwhile?" Wreszcie Meets The Grim Reaper to album, jak wskazuje tytuł, poniekąd opowiadający o śmierci.

Śmierć jest dla jednego z liderów Animal Collective nie tyle czymś mierzonym w kategoriach "dobra" czy "zła", ile czymś nieuchronnym, jednocześnie będącym mikroelementem kosmosu. Każde próby podjęcia walki czy skargi na niesprawiedliwość losu nie mają sensu – taki jest porządek świata i uniwersalny ład, z którym nie da się nic zrobić. Najpełniej słychać to w "samplującym" Czajkowskiego "Tropic Of Cancer", który, podobnie jak wydany ponad dziesięć lat temu Young Prayer, został poświęcony zmarłemu ojcu. W tym ujmującym ciepłem, autentycznym hołdzie Lennox jest już ze wszystkim pogodzony, dostrzegając w stracie część planu znacznie większej całości niż jego własne życie, niż on sam. I właśnie w tych fragmentach – wyciszonych, medytacyjnych, odkrywających całego twórcę i dających świadectwo jego człowieczeństwa – Panda Bear kolejny raz ukazuje swój talent do tworzenia przejmującej muzyki w pełnym świetle, potwierdzając tym samym swoją artystyczną dojrzałość. Natomiast w najbardziej tanecznym "Principe Real" czy w tych momentach, w których słychać fascynację dubem (post-Centipede Hz "Crosswords", zanurzony w bulgoczącym, cyfrowym wywarze "Boys Latin" czy zaskakująco grooviasto-repetycyjny "Come To Your Senses") – swoją drogą w wywiadach PB opowiadał, że tytuł krążka jest nawiązaniem do albumów w stylu King Tubby Meets Rockers Uptown – choć to kompozycje udane (bo raz, że Panda poniżej pewnego poziomu nie schodzi, a dwa, że Sonic Boom udanie wtóruje swoją konsoletą), nie odczujemy śladu natchnienia.

Mimo wszystko wciąż warto słuchać muzyki tego wrażliwca, bo choć w zasadzie nie tworzy już niczego zaskakującego, to i tak jest w stanie zawładnąć percepcją, a nawet, gdy słucha się tego długograja, można osiągnąć ten sam wewnętrzny spokój, jaki osiągnął Mr Noah (bo wydaje się, że żadne burze życia nie targają już jego jestestwem). Dlatego można sobie też pozwolić na zestawienie tej wypowiedzi z wcześniejszymi dorobkiem. Jeśli miałbym porównywać Meet Grim Reaper do poprzednich wydawnictw Lennoxa (czy to solo, czy w Animalach), to przyznam, że najnowszy album wypada na ich tle bardzo korzystnie. Chyba ostatecznie bardziej podoba mi się jego różnorodna formuła (trzymając się płaszczyzny czysto muzycznej), przy której Tomboy wydaje się mniej zachęcający do słuchania, choć to wciąż niezły longplay. A jeśli chodzi o ostatni krążek AC, to również wyżej stawiam solówkę Pandy, więc naprawdę, pomimo wszystkiego, gość wciąż się liczy. Oczywiście ani słowa nie powiem o Spirit czy Person Pitch, bo nie zamierzam się tu ośmieszać. Dlatego nie wymagam, nie bujam w obłokach i na nic nie narzekam. "Get just what you need" – niech te słowa pozostaną z nami.

Tomasz Skowyra    
3 lutego 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie