RECENZJE

Panda Bear
I'm Not / Comfy In Nautica

2005, United Acoustic 6.9

Członkowie Animal Collective spijają śmietankę nieoczekiwanej sławy przedstawiając kolejne poboczne / solowe projekty, EP-ki, single i splity. W zeszłym roku niektórzy z nas zachwycali się w przynajmniej równym stopniu regularnym Animalem, co około-ambientową działalnością dzisiejszego bohatera, byłego właściciela słynnego "Other Music", Noah Lennoxa, oraz jego sklepowego kolegi Scotta Mou (osobnik ten słynie z tego, że o muzyce niezależnej wie wszystko oraz z tego, że swojego czasu wcisnął mi ostatni egzemplarz pierwszej edycji Spirit, zatajając oczywiście wszelkie związki Pandy ze szlachetnym przybytkiem, którym jemu samemu przyszło współgospodarować; ostatecznie dobrze wyszło) pod szyldem Jane.

Nieliczne Borysy, ignorując wczesno-animalną psychodeliczną wymowę Berserkera deprecjonowały siłę tego krążka. Tym razem, skromnym, dwutrackowym wydawnictwem (razem osiem minut) Lennox wytrącił argumenty malkontentom, w piękny bezpretensjonalny sposób odwołując się do spiritualnej magii debiutu bez zbędnego chuchnięcia i pufnięcia. "I'm Not" operuje parosekundowym loopem cyfrowo przesączonego skrawka religijnego chorału przyklejonego do charakterystycznego dla Pandy wysokiego świdra wokalnego na zasadzie "duchowość ludów pierwotnych", prowadzoną wzdłuż tej pętli ślicznie spogłosowaną księżycowo-leśną pieśnią na parę głosów (niektórych mocno zmanipulowanych), dostojnym wieczornym dudniącym i oddychającym-cykającym beatem przywodzącym na myśl, wspólnie ze spoczywającym w głębokim tle syntetycznie brzmiącym sygnałem trąbki, zalążek beatu z płyty z najmilszymi jak wiadomo elektronicznymi pulsacjami w dziedzinie ambient techno jaką w tej chwili pamiętam, czyli pierwszego Selected Aphexa. "Comfy In Nautica" natomiast wydaje się ujawniać ambicje tworzenia world beatu z prawdziwego zdarzenia, folku świata naturalnego i muzyki ponad barierami. Plemienne oklaski i rytualne śpiewy mają w sobie coś tam odrobinę ostatecznego, chociaż jeszcze czystego ideału w tej formule nie udało się sięgnąć (blisko było, zabrakło niewiele, minimalnie).

Obserwując niezwykle uważnie (wszelkie zajawki i rekomendacje sprawdzamy starannie jak nigdy) bieżące muzykowanie, stwierdzić należy, że spadek jakościowy, który w zeszlym roku tak namiętnie i obszernie rozkminialiśmy, konsekwentnie postępuje. Dalsza emancypacja mniej objętościowo obszernych albumów jest więc prawdopodobna: przy powszechnym braku stosownego zaangażowania w proces tworzenia płyty, kilkanaście minut, ale za to wypieszczonych, jawi się z punktu widzenia słuchacza pozytywnym rozwiązaniem.

Michał Zagroba    
20 kwietnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie