RECENZJE

Panda Bear
Buoys

2019, Domino 7.1

W czasie, gdy zespół pieśni i tańca Animal Collective powoli zmierza ku spektakularnemu upadkowi, jego wieloletni członkowie próbują ratować honor solowymi przedsięwzięciami. Ich indywidualne projekty, mimo że sprawiają odrobinę muzycznej przyjemności, raczej nie wywołują trzęsienia ziemi. Nie ma więc co się dziwić, że najbardziej dystynktywny przedstawiciel formacji postanowił wziąć sprawy w swe ręce i nagrał płytę przerywającą kilkuletnie pasmo przeciętności. Najnowszy krążek Lennoxa podsuwa pod nos duchową strawę smakującą tak dobrze jak rok 2007. Noah konstruuje serię ekscytujących scen opartych na zdumiewająco oszczędnej mechanice. Narracja generująca niezapomniane epizody uderza skromną, nagą formą. Buoys prezentuje piosenki rozebrane aż do intymnych fundamentów.

Campowa, pseudobarokowa estetyka neopsychodelii to dla tego pana zdecydowanie melodia przeszłości. Obecnie nieślubny syn Briana Wilsona szanuje przestrzenną ciszę. Już nie atakuje nas tuzinem kolorów, a raczej wynajduje różne fascynujące odcienie jednej barwy. Świeżo nabyta ascetyczna filozofia idzie jeszcze śmielej w kierunku umiłowania prostolinijności niż treny z Young Prayer. Co ciekawe, skrajnie skromnym kompozycjom nie można zarzucić szkicowości. Złożone z ograniczonej liczby elementów utwory są chirurgicznie precyzyjne w przekazywaniu informacji. Surowa formuła porządkuje abstrakcyjne wizje autora Person Pitch, wydobywając z nich emocjonalny dynamit.

Odnalezienie pięknych, chwytliwych harmonii w zwięzłych balladach to na pewno zadanie tylko dla najbardziej upartych słuchaczy. Mniej cierpliwi poddadzą się już po pierwszym odsłuchu, rozczarowani technicznym prymitywizmem. Natomiast wytrwalsi konsumenci sztuki pozwolą kiełkować minimalistycznym popowym opowiadaniom, załatwiając im stały pobyt w podświadomości. Docenienie potencjału tego projektu jest zdecydowanie ciężką pracą, jednak przy odrobinie wysiłku odbiorca zyska szereg melodii, od których nie uwolni przez dłuższy czas. W tym przypadku nieszczególne pierwsze wrażenie jest mylące, gdyż dopiero sumienne wzięcie pod lupę intencji autora pomaga docenić krążek.

Kreatywna wolta Misia Pandy wprowadziła do mojego życia szczyptę konfuzji. Następca Panda Bear Meets The Grim Reaper wymyka się prostym definicjom i figlarnie myli tropy. Pozorne związki z folkiem lo-fi pierwszych nagrywek zrywa spartańska myśl przewodnia płyty. Elektroniczne rozpasanie reszty dyskografii zostaje zdekonstruowane poprzez sprowadzenie samplingowego repertuaru do kanciastych efektów dźwiękowych, uświetnionych medytacyjną gitarą akustyczną. Lennox rzuca nam w twarz obietnicę logicznej kontynuacji artystycznej drogi tylko po to, by natychmiast ją złamać. Amerykanin, zamiast zrobić krok w tył bądź pójść naprzód, wybiera skok w bok.

Wieczny chłopiec nareszcie wkracza w okres dojrzewania. Nie kręcą go już pstrokate tony, a od dziecięcej brawury woli frazy wypowiadane z pokorą. Zniknął gdzieś beachboysowy wokalny czar i ustąpił miejsca osamotnionemu głosowi, świadomemu mroków codzienności. Wpisany w hipnotyzujące i czasem niepokojące tło śpiew ze stoickim spokojem radzi sobie z rzeczywistością. Charakterystyczny optymizm Noah nabrał cierpkiego aromatu, zabijającego dotychczasową infantylność. Po neohippisowskiej kolorowej ekstazie nie ma już śladu, gdyż została wyparta przez słodko-gorzką refleksję. Beztroska zabawa dobiegła końca. Teraz pora zejść na ziemię.

Buoys zwiastuje wielki powrót do formy twórcy, który niegdyś był prawdziwym bożyszczem sceny niezależnej. Lata chude należą już do przeszłości i zdaje się, że nadchodzi era dobrobytu. Entuzjasta beztroskiej zabawy zaczął brać sprawy na poważnie, co zmotywowało go do obrania interesującego kierunku. Cyfrowy folk, minimalistyczna poezja śpiewana, kontemplacyjny pop – mogę sobie mnożyć zmyślne określenia, ale poziom wydawnictwa najlepiej kwituje cyfra w lewym górnym rogu.

Łukasz Krajnik    
18 lutego 2019
BIEŻĄCE
PRO8L3MWidmo
Bartosz Kruczyński & Poly ChainPulses