RECENZJE

Pan American
White Bird Release

2009, Kranky 5.8

Lata dziewięćdziesiąte w krajach zachodnich postrzegane są zazwyczaj jako wesołe i beztroskie. Trudno się dziwić, wraz z zakończeniem zimnej wojny, ludzie po raz pierwszy od dziesiątek lat poczuli się bezpiecznie. Zaryzykowałbym też stwierdzenie, że pewność ta dotyczyła również sfery ekonomiczniej. Oczywiście, byli i tacy, którzy wraz z nastaniem dekady nagrywali 13-Point Program To Destroy America –- ale nie sądzę, aby nawet im żyło się źle w państwie Busha. Na pytanie, skąd wzięli się więc Nation Of The Ulysses, odpowiedziałbym, że być może sam kapitalizm potrzebował takich środowisk, które w sposób jednoznaczny, lecz nie radykalny rozładowywałyby społeczne frustracje. Na pytanie, skąd w Stanach ubiegłej dekady wzięło się trzech tak smutnych gości jak Nelson, Brown i Donne, prawdopodobnie już bym nie odpowiedział.

Kiedy słucham Labradford, przypomina mi się fragment wywodu Matthew Arnolda na temat funkcji kultury w życiu społeczeństwa. Konserwatywny Brytyjczyk twierdził, że artysta powinien się trochę wyalienować ze społeczeństwa, aby prowadzić je swoimi dziełami w stronę światła i słodyczy. Cóż, ostatnia część zdania gdzieś naszym bohaterom umknęła, jednak pozostawanie w cieniu wychodziło im znakomicie. Sprowadzając rockowe koncepcje do upodobanych sobie kompozycji-szkiców i osadzając je w ambientowej formie, Labradford wniósł coś nowego do amerykańskiej muzycznej sceny. Ktoś mógłby powiedzieć "post-rockowej", ale tutaj jedną rzecz należałoby wyjaśnić.

Wydaje mi się, że mówiąc o post-rocku bardzo łatwo o nieporozumienie. O szumy spowodowane, nie ignorancją jednego z rozmówców czy historycznym przekłamaniem, tylko pewnym nieuporządkowaniem terminu. Otóż, krótko mówiąc, wysunąłbym teorię, że w ostatnim dwudziestoleciu mieliśmy do czynienia z dwiema, zupełnie różnymi filozofiami post-rocka. Być może nawet z dwoma gatunkami. Za cezurę obrałbym lata 1997-1998. Z jednej strony kończy się pewna awangardowość stylu, związana z wyszukanym eklektyzmem, nadludzką uwagą poświęcaną szczegółom, operowaniem ciszą i nastrojem, z drugiej zaś coraz mocniej zaczyna się go wprzęgać w rockowe ramy, przywiązując coraz większą wagę do gitary, riffu, podniosłości, hałasu. W roku, w którym działalność kończy Gastr del Sol, swój debiut wydaje Godspeed You Black Emperor!. W tym samym roku swoją ostatnią, wielką płytę nagrywa Tortoise, najlepsze lata za sobą ma też np. Bowery Electric czy Cul de Sac. Reguła oczywiście nie jest sztywna (każdy z nas pewnie znajdzie wyjątek), ale może nam nieco pomóc. W następnych akapitach, używając terminu "post-rock", będę miał na myśli jego pierwszą postać. Wróćmy jednak do Labradford.

Swój pierwszy album Labradford nagrał w 1993 roku dla, powstającej właśnie, wytwórni Kranky. Prazision zawiera najbardziej rockowe momenty w dyskografii zespołu. W utworach takich jak "Accelerating On A Smoother Roa" czy "Sliding Glass" muzycy pokazują, dokąd mógłby dotrzeć Slint, gdyby kontynuował swoje mroczne, paranoiczne wędrówki znane z "Nosferatu Man". Nabierające powoli tempa utwory, w których sekcja rytmiczna zastąpiona zostaje ambientalnym szumem, mogą po prostu budzić przerażenie. Większość materiału jest jednak gitarowym ambientem, czasem stanowiącym tło dla kojącego głosu Nelsona ("Splash Down"), a czasem przechodzącym w rejony noisowe (zamykający "Everlast"). Pozycja warta sprawdzenia, ale raczej nie niezbędna.

Zaledwie dwa lata minęły od wydania debiutu a zdarzyło się wiele, zarówno dla zespołu, jak i dla, powiedzmy, sceny. Przede wszystkim do zespołu dołączył basista Robert Donne. W szerszym kontekście zaś, należałoby zauważyć, że Bark Psychosis nagrało Hex a Simon Reynolds po raz pierwszy użył terminu "post-rock". No właśnie, w tym momencie wypadałoby przybliżyć wreszcie, konstytuujące się powoli, brzmienie zespołu. Spróbujmy! Możemy porównać ich do: Flying Saucer Attack, gdyby Ci byli mniej brytyjscy, Bowery Electric, gdyby byli mniej "electric", Experimental Audio Research, gdyby byli mniej "experimental", czy Cul de Sac, gdyby byli mniej rockowi, rytmiczni. Z całym szacunkiem, ale obawiam się, że to może być tłumaczenie "idem per idem", więc zachęcając do przesłuchania A Stable Reference powiem, że ta płyta brzmi jak Dni Wiatru. Nie ujmując nic Maćkowi Cieślakowi i jego świetnej płycie, pozwolę sobie zauważyć, że w "El Lago" czekam tylko, kiedy Nelson wyszepta "Nastały dni wiatru". Taka paralela: A Stable Reference jest dla Dni Wiatru tym, czym dla Modest Mouse są projekty Martscha. Jeśli utwór tytułowy lub "19 XI" są Waszymi ulubionymi fragmentami drugiego albumu Ścianki, to w omawianym właśnie wydawnictwie Labradford powinniście przepaść.

Z trzecią płytą Labradford mam największe problemy. To tutaj znajdują się moje ulubione momenty w dyskografii Amerykanów. Hipnotyczne tło "Midrange", wygrywany powoli akord, zawodzące skrzypce i moment przejścia (1:18), kiedy to pojawiają się leciutkie uderzenia perkusji i wchodzi Nelson, by po chwili ustąpić partii syntezatorów, nadającej kompozycji floydowski wręcz posmak. Następny "Pico" jest piękną antycypacją Mum i podobnych, gdzie na tle upadającego domina, odbywają się zaloty, schodzących na dno, łodzi podwodnych. Bez wątpienia, jest to najcieplejsza i najłatwiej przyswajalna płyta Labradford. Skąd więc te problemy? Jakby to powiedzieć, żałuję że nie cała płyta jest utrzymana w takiej lejącej się gitarowej stylistyce. Oddani fani ambientu, totalnie się ze mną nie zgodzą, ale jak dla mnie ten album poradziłby sobie lepiej bez dłużących się fragmentów pokroju "Cipher". Tak, czy owak, sprawdzić trzeba.

Każdy muzyczny serwis powie Wam, że Mi Media Naranja to największe dzieło Labradford – a kim ja jestem, żeby się z tą opinią nie zgadzać. Jak bardzo Ci goście przyswoili sobie spokój ojców post-rocka. Jak mądrze prowadzą każdą melodię, każdą nutę. Jest to jedna z tych płyt, które nie posiadają zbędnej sekundy. Myślę, że sam Mark Hollis puszcza sobie ją czasem do snu. Najbardziej spójny, organiczny album Labradford. Ciężko wskazać jakiś konkretny, szczytowy moment: może to być ospały dialog klawiszy z gitarą "P" czy pojawiający się znikąd sampel wypowiedzi jakiegoś anonimowego jegomościa, wrzucony w ambientalne echo syntezatorów "I". Wielki w swej kameralności album.

Przyspieszając, napomknę tylko, że po Mi Media Naranja Labradford nagrał jeszcze dwa albumy: Ex Luxo So i Fixed: Context –- oba dobre, oba trochę niedoceniane (nawet jak na warunki zespołu). Nelson, Donne i Brown, nie wprowadzają już jednak nic nowego do swojej muzycznej formuły (1997 –- najlepszy album ma już za sobą Labraford – debiutuje Mogwai). Wypada jeszcze podkreślić, że grupa się oficjalnie nie rozwiązała, tylko w 2001 roku po prostu przestała nagrywać. Teoretycznie możemy więc liczyć na reunion. Powodem zaprzestania działalności było między innymi skupienie się muzyków na solowych projektach. Jak się pewnie domyślacie, jednym z nich był Pan American.

Pierwsze oficjalne wydawnictwo Nelsona (zatytułowane po prostu Pan American) nie wnosi dużo nowego do katalogu Kranky. Jeden z recenzentów określił tę płytę sformułowaniem: Labradford plus rytm – i, nie powiem, zgadzam się z tym. Nelson wyjawia nam swoje elektroniczne ciągoty a całkowicie odsłania karty w kwestii stosowania dubowego wręcz basu. Obrany kierunek będzie kontynuował na najbardziej dotychczas uznanym 360 business, 360 bypass. W nagrywaniu której wzięli udział nie byle jacy goście. Pojawia się tutaj Sparkhawk i Parker z Low, Rob Mazurek, a nad miksem czuwa inżynier związany z Tortoise – nieźle, prawda? Rzeczywiście, efektem jest dobra płyta, która jednak potrafi się dłużyć ("K Lluminate"), ale potrafi też wciągać ("Double Rail", czyli 11 minutowe ambient-techno z Mazurkiem na kornecie).

Potem nie było już tak dobrze. Oparty na osobistej historii For Waiting, For Chasing najzwyczajniej w świecie nudzi. Sample oraz inne fragmenty The River Made No Sound sprawiły, że w ogóle nie sięgnąłem po całość. Zdecydowanie broni się za to Quiet City, gdzie Nelson znów sięga po żywe instrumenty i w sposób, świadczący o wielkim wyczuciu, zestawia je ze sztucznie wygenerowanymi, elektronicznymi pejzażami. Płyta, zdecydowanie warta polecenia i jeden z powodów, dla którego sięgnąłem po White Bird Release –- bo wiecie, Pan American wydał nową płytę i przypuśćmy, że to jest jej recenzja.

Najnowszy album Nelsona jest z pewnością wydawnictwem dobrym, nawiązującym na niespotykaną od czasu debiutu skalę, do twórczości macierzystego Labradford. Pierwszy utwór jest tutaj perłą i stawia poprzeczkę niezwykle wysoko. Potraktowanemu efektem wokalowi Nelsona towarzyszy piękne, gitarowe tremolo, przywołujące na myśl "S" czy coś na pierwszym GYBE! (które notabene też nawiązuje do "S") a całości dopełnia letnie, fenneszowskie tło. "For Aiming The Stars" tkwi gdzieś w przedsionku muzyki rockowej, bazując na przyjemnej partii gitary, spod której wyłania się czasem ciekawa linia basu. "Both Literally And Figuratively" brzmi trochę jak odrzut z "A Stable Reference", tyle że bardziej pogodny. Dobrze radzi sobie też closer, w którym żwawy beat jest konsekwentnie zagłuszany gitarowym efektem, który na koniec rozlewa się kanałami, by elegancko płytę zakończyć.

Są na White Bird Release momenty słabsze, jak choćby numer pod indeksem czwartym, gdzie momentami mamy do czynienia z praktycznie, jednostajnym szumem. Cokolwiek by się jednak nie działo Nelson trzyma poziom na tyle, że każdy fan muzyki ambient powinien być usatysfakcjonowany. Dla mnie ostatnie dzieło Pan American swoim poziomem lokuje się gdzieś pomiędzy bezbarwnym "For Waiting, For Chasing" a poszukującym "Quiet City". Cieszy mnie jednak fakt, że Nelson znów sięga po gitarę, bo kto wie, być może jest to jaskółka następcy "Fixed: Context". Pytanie, czy ja naprawdę takiego chcę.

Jan Błaszczak    
12 marca 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie