RECENZJE

Palm
Rock Island

2018, Carpark 7.3

Okej, sprawa wygląda tak: w dwóch zeszłorocznych notkach o Shadow Expert niemalże wypstrykałem się z leksykaliów, toteż wybaczcie, ale dziś będzie krótko – tym bardziej, że Rock Island to właściwie rozwinięcie pomysłów z tej wspaniałej EP-ki, rozciągnięte do formatu longplaya i o dziwo prawie pozbawione większych dłużyzn. To dalej poząbkowane anty-riffy, nielinearne metra i zwodniczo chwiejne tempa, to wciąż pop z math-rockową czkawką grany przez grupę ludzi deklarujących brak jakichkolwiek umiejętności instrumentalnych, z tym że przeniesiony z ciasnej salki koncertowej na tropikalną wyspę i pewnie właśnie przez to zaprogramowany trochę sztywniej niż wcześniej, trochę mniej spontaniczny. Zatrzymajmy się na chwilkę i skupmy, choć w przypadku Palm może to wydawać się zadaniem karkołomnym.

Pierwszy kontakt z Rock Island przypomina bowiem przekroczenie progu ulubionej knajpy w upalny, piątkowy wieczór, gdzie przy każdym stoliku zasiada inne towarzystwo, kiepska cyrkulacja powietrza przyprawia o natychmiastowy zawrót głowy, a gwar setki głosów aż kłuje w uszy. Ale już w chwilę po pierwszym szoku mówisz "znam wszystkich tu" i kolejne postaci wyłaniają się z półcienia, radośnie machając kuflami na przywitanie. Tak samo jest z tą płytą. Najpierw słychać jedynie chaos, ale zaraz potem beachboysowe harmonie ("Composoite"!) wlewają się z całą swoją słodyczą za kołnierz, ekscentryczne szarże gitar i perkusji kruszeją na wspomnienie o Milk Man i Apple O', a dzika, niekontrolowana repetycja wpada w ramy znajomej, stereolabowej motoryki. Wnet przedziwne "Dog Milk" zaczyna brzmieć jak przefiltrowana przez dorobek AnCo, znyancatyzowana wariacja na temat "Bombay" El Guincho, zaś z rozmytych impresji "Bread" wyłania się sophisti-popowy powab, w magiczny sposób ujawniający w matematycznej matrycy szlachetny blask 12 Rods. Tytułowa wyspa jest więc specyficznym stanem ducha, egzotycznym mikroświatem, w którym pomimo wszechobecnych jaskrawości czujemy się bardzo, bardzo dobrze.

Pytaniem otwartym pozostaje, na ile to wszystko efekt świadomych działań, a na ile szczęśliwego trafu. Muzycy Palm zarzekają się, że dla każdego członka zespołu Rock Island jest czymś zupełnie innym, odbiciem różnych, nierzadko stojących do siebie plecami wyobrażeń, i po kilkudziesięciu godnych neofity odsłuchach jestem skłonny w to uwierzyć. Z punktu widzenia muzycznego ARTU filadelfijski ansambl zabrnął tu w podobne rejony, co Women na self-titled debiucie albo Battles na Gloss Drop, z tym że są to dzieła, z których dziś pamiętam jeden, w porywach dwa utwory. W przypadku Rock Island wierzę, że będzie inaczej, bo nawet jeśli nieco rozmemłanej końcówce płyty przydałby się może nie heavy, ale jednak lifting, to jej fosforyzujący magnetyzm i anielska nośność jawią się powiewem świeżości, jakiego w gitarowych rejonach spotyka się w ostatnich latach dość rzadko. Na ten moment to jedna z najlepszych płyt, jaką w tym roku słyszałem i głęboko wierzę, że zobaczymy się jeszcze na liście rocznej.

Wojciech Chełmecki    
26 marca 2018
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie