RECENZJE

Pallbearer
Foundations Of Burden

2014, Profound Lore 6.7

Sorrow And Extinction wywołał więcej zamieszania, niż to się mogło przyśnić. W pewnym sensie był to klasyczny doom: o śmierci, smutku, przemijaniu, a jednak tak wyróżniający się naturalnym wyczuciem, tak niezwykle trafny w doborze i dawkowaniu depresyjnych środków, że swoją posępną melodyjnością i nawiązaniami do filozoficznego pesymizmu zyskał wielbicieli tam, gdzie najczęściej przyjmuje się tego typu muzykę ze wzruszeniem – wzruszeniem ramion.

Tym bardziej interesujące było pytanie, w jakim kierunku podąży zespół na Foundations Of Burden, zwłaszcza, że pole manewru jest w tym gatunku raczej ograniczone. Muszę przyznać: pozornie zapędzony w ślepą uliczkę, Pallbearer wybrnął z niej wzorowo, po raz kolejny popisując się całym zestawem nieszablonowych rozwiązań, a najlepsze jest to, że wszystkie wydają się bardzo niewymuszone i pełne gracji. To rzadkość we współczesnym doom metalu, tak bardzo spętanym przez konwencję, uwikłanym w pewną dość powtarzalną muzyczną retorykę. W przeciwieństwie do wielu pokrewnych bandów chłopaki z Little Rock nie mają hopla na punkcie autokreacji, a ich muzyka wydaje się bardzo intuicyjna. Rozmawiałem niedawno z Brettem Campbellem, wokalistą grupy, i w kilku słowach potwierdził on moje odczucia, gdy opisał swoje utwory, odwołując się raczej do ulotnych wrażeń czy chwilowego olśnienia, niż metodycznego przyswajania dostępnych rozwiązań.

Myślę, że w tym właśnie należy upatrywać źródeł nieporozumienia związanego z Foundations Of Burden. Prezentując album tak otwarcie afektywny, w sposób swobodny żonglujący frazesami zza granicy egzaltacji, nietrudno jest wpaść w pułapkę pompierstwa. Takie kwiatki zła zebrał ostatnio Chips&Beer: "Milszy, łagodniejszy i bardziej szczery, lecz wciąż karzący doom metal" – pisze Steven Hyden w tym czasie, kiedy Tom Breihan ze Stereogum zbiera wszystkie dostępne poduchy, by tarzać się w nich przy tym brzmiącym-jak-Beach-House metalowym opus. Ja nowego Pallbearer słuchałem w namiocie z koców przy axis mundi ze starej miotły. Polecam. Nawet zazwyczaj trafiający w sedno Brandon Stosuy pisze o albumie ponadczasowym, przekraczającym granice gatunku. Ale – co to, to nie.

Nie zrozummy się źle, Foundations Of Burden to świetna muzyka. Wbrew pozorom dość nieoczywista, tętniąca trochę psychodelicznym oniryzmem, senna, na pewno zrywająca z myśleniem o doom metalu w kategoriach funeralnych. Jednak choć Pallbearer taszczy tę trumnę w bardzo niewymuszony sposób, ciągle stoi przecież na barkach gigantów. Kwestia wokalu Campbella, który brzmi jak młody Ozzy, to sprawa dość oczywista. Można podobne porównanie stosować do wielu grup na tym polu, ale Campbell przypomina lidera Black Sabbath po prostu bardziej i pełniej. Błądzące gdzieś w meandrach dwunastominutowej "pop piosenki" wokale stanowią najwyraźniejszą referencję do początków heavy metalu w ogóle. Saint Vitus, Rainbow, czy późniejsze, Candlemass i Cathedral (utwór "Pallbearer" na The Last Spire – nie wierzę w takie przypadki) to ciąg szyldów często pojawiających się w tym kontekście.

No i zostaje jeszcze wczesne Peaceville. Na Foundations Of Burden pełno jest wpływów tej angielskiej wytwórni. Nie mogło być inaczej, skoro panowie Campbell i Joseph Rowland poznali się tak naprawdę właśnie dzięki koszulce Anathemy. Dług wobec pierwszych, fajniejszych wydawnictw braci Cavanagh (dziwnie godfleshowa Crestfallen EP, ale w zasadzie wszystko do debiutu włącznie) słychać na początku "Watcher In The Dark", z kolei "Worlds Apart" rozpoczyna wejście gitary godne Grega Mackintosha, a "Foundations" czy "Vanished" rozwijają ten gatunek gitarowych walców, które w wykonaniu MDB bardzo już deptały wszystkim po palcach. Odświeżając te zakurzone formuły, Pallbearer jednocześnie udanie je nobilituje.

W takich instynktownych działaniach Amerykanie przypominają trochę te angielskie grupy, które w okresie jesieni starej Peaceville, a nawet nieco wcześniej, jeśli uznamy, że ten czas zbiega się mniej więcej z wydaniem płyty Fuck Peaceville grupy Doom (oczywiście żartuję, to prawie niezwiązane z tematem, choć wydany gdzie indziej w tym samym roku Draconian Times znaczył jednocześnie przesilenie ukształtowanego przez ten label stylu), odważnie postanowiły zmienić akcenty z taniego romansu na kunsztowny romans gotycki. Mam na myśli przede wszystkim Solstice, których płyty – ostatnio wznowione Lamentations i nagrany dla sławnego Misanthropy New Dark Age – stoją strasznie blisko Sorrow And Extinction i tak świetnie wydobywają atmosferę arturiańskiego questu, muzycznego eposu, w którym zły układ wyrzuconych kości kończy się łzami i nagłą śmiercią gracza. Także skojarzenia z Warning pozostają dość żywe, zwłaszcza że 40 Watt Sun, projekt-pogrobowiec, którym Patrick Walker przypomniał się w 2011 roku, swoją staroświecką wrażliwością i spacerami na wrzosowisko rzuca gdzieś w pobliżu wcale nie widmowy cień. Nie sposób jednak oprzeć się wrażeniu, że nawet w tak subtelnym, jak na ten gatunek, towarzystwie, Pallbearer przedstawia doom nieznośnie wręcz lekki. Tu chyba właśnie jest pies pogrzebany, bo nieczęsto ukazuje się płyta, która jest podskórnie staroświecka, a jednocześnie pieczołowicie samodzielna, wypracowana na bazie indywidualnego doświadczenia, a nie w odwołaniu do którejś obecnej już w obrębie tej dość ciasnej stylistyki postawy.

Wawrzyn Kowalski    
24 września 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie