RECENZJE

Outshine Family
Galeria De La Luz

2011, Blackmaps 6.9

Jako niegdysiejsi sympatycy jednej z wymarłych już subkultur lat dziewięćdziesiątych, czyli tzw. indie-rockowców, mieliśmy swego czasu niekłamaną słabość do dwóch odmiennych muzycznych usposobień – obu wyrastających jednak z tej samej "niezależnej ziemi". Pierwszym było ostre gitarowe nakurwianie salta – pamiętam Facebookową grupę circa dwa tysiące sześć albo siedem, której członkowie narzekali na zcipienie się brzmienia, absencje przesteru, smyczki, cymbałki i te sprawy; w Polsce zjawisko ochrzczone zostało mianem "nu-indie", ale mniejsza z tym. Na przeciwległym końcu tego samego podejścia do sprawy (że pewna forma "rockismu") znajdywała się tzw. muzyka dla wrażliwców, z Yo La Tengo czy innym Low na czele. Tutaj chodziło głównie o subtelne quasi-instrumentalne miniaturki, w których nastrojowość, rozespana łagodność i wielopoziomowa melancholia podane były w sposób wyzbyty pierwiastka "emo", afektacji, czy przesadnej łzawości – elementów zarezerwowanych dla "brytyjskich smętów ze Szwecji".

Magia debiutu Function polegała właśnie na tym, że w momencie, gdy z nostalgią oczekiwaliśmy fajerwerków typu pierwszego, Secret Miracle Fountain wpisywał się idealnie w sznyt numer dwa. Z perspektywy czasu wiadomo już, że po obie estetyki najlepiej kierować się tam, gdzie powstały – czyli oryginalnych wydawnictw lat ubiegłych. Swego czasu jednak za Yuck sprzedałbym własną matkę, a wzruszające instrumentaria Matthew Nicholsona stanowiły wyraźny kontrast wobec uczuciowej płaszczyzny reszty peletonu; Fountain było dla mnie nie tylko płytą roku dwa tysiące sześć, ale także jedynym wydawnictwem tego czasu, które skutecznie operowało emocjonalną głębią jako fundamentalnym środkiem artystycznego wyrazu.

Mimo upływa lat i zmiany nazwy projektu modus operandi Nicholsona trzyma się mocno, a Galeria De La Luz nie odstaje od swojej poprzedniczki stylistycznie, kontynuując praktykę osadzania leciutkich folk-popowych motywów w snującym się, organicznym i wręcz prze-humanizowanym ambiencie (z okazjonalnym psych-rockowym wybuchem). W kwestii proporcji zanotować możemy jednak przyrost i zagęszczenie się elementów konkretnych, bo wspomniany ambient funkcjonuje tu niemal wyłącznie jako tło do piosenkowo-zorientowanych wątków przewodnich, a nie temat wiodący całości (jak miało to miejsce na Secret Miracle Fountain). Same motywy piosenkowe utrzymują album tymczasem na równym, wysokim poziomie, songwritersko dostarczając wrażeń nieznacznie poniżej pułapu najlepszych fragmentów debiutu Nicholsona.

A jednak nieporozumieniem byłoby postawienie znaku równości między omawianymi tu krążkami (plikami?); Galeria De La Luz nie rzuca na kolana ani wielkością materiału, ani intymnością atmosfery. I tak, jak podstawowym zadaniem krytyków powinna być ponoć dekontekstualizacja dzieł sztuki, tak trudno oprzeć się wrażeniu, że zarówno działanie Function w dwa tysiące szóstym, jak i Outshine Family w dniu obecnym sprowadza(ło) się właśnie do cyferek po dwójce; nieuchronnie, acz trochę groteskowo zyskuje świetna Galeria De La Luz łatkę "too little, too late".

Patryk Mrozek    
21 kwietnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie