RECENZJE

Outkast
Speakerboxxx / The Love Below

2003, Arista 6.5

They say, że prawdziwa przyjaźń trwa wiecznie. Podobno Cyryl i Metody nie egzystowali jako dwie rozłączne postaci. Obaj stanowili przejawy jednej i tej samej osoby. Są na to dowody, a raczej nie ma dowodów temu zaprzeczających. Żaden dokument, żadne źródło historyczne nie wzmiankują któregokolwiek z nich na własnych prawach. Więc byli zatem jednym człowiekiem? Antwan Patton i Andre Benjamin, konstytuujący od dziesięciu lat jeden z najważniejszych duetów we współczesnej muzyce rozrywkowej, postanowili wyzwolić się od tej klątwy. Niosąc na kolektywnych barkach wspólne uczęszczanie do high-school w Atlancie, mnóstwo prestiżowych nagród oraz cztery wspaniałe albumy, z których ostatni pobił dostępne rekordy atencji i pochlebstw, panowie zdecydowali się na ekstrawagancki, zamaszysty krok. Wobec presji i oczekiwań rozgorączkowanych mediów, duo się jakby "rozpadło". Każdy z członków pracował nad własnym, solowym materiałem w samotności i nagrywał pierwotnie na prywatny rachunek. Następnie oba powstałe krążki zapakowano do jednego pudełka (w cenie 1 CD!) i tak narodziło się wydawnictwo właściwie bez jaskrawego precedensu w historii pop.

Odważne, brawurowe posunięcie, ale Outkast mieli do niego całkowite prawo. Kto jak nie oni. Argumentów supportujących widnieje multum. Zostawiając z boku kapitalny ciąg twórczy, spójrzmy na drobiazgi. ATLiens otwiera najcudowniejsze intro wszechczasów, "You May Die". Ktoś może kojarzy, iż motyw pełnił rolę prologu do nocnej audycji pewnego gościa, gdy ten nie zgrywał jeszcze boga? Śliczny klimacik. Choć "Hold On, Be Strong" z Aquemini niewiele ustępuje. Ich przerywniki, scenki, dialogi zawsze wydatnie wzbogacały materiał. To świadczy o bossostwie. Samo Aquemini lśni dziś niczym Hail To The Thief hip-hopu, mieniąca się kolorami, wyluzowana mozaika smaków, kipiąca od pyszności. Outkast nigdy nie zamknęli się w stylistycznej niszy, podróżując po nęcących krainach funku, soulu, r&b tudzież jazzu i lepiąc zeń unikatową odmianę popu. Och, i czy mówiłem już, że Stankonia, przypuszczalnie ich najmniej udany (wciąż zajebisty!) krążek do dziś, zrewidował pojęcie "bestsellera"? Wierzcie lub nie, ale Stankonia zdobyła najwyższy współczynnik ocenowy na Metacritics (ustępując tylko koncertówce Zeppelinów, no ale to oddzielna kategoria przejesz). "Ms. Jackson" skojarzy przypadkowo zapytany przechodzeń. Słowem, para osiągnęła niemal wszystko, w świecie niezal i mainstreamu, stąd też mogła sobie pozwolić na szczyptę drwiny.

Czy wyszło im to na dobre? Cóż, bezpośrednia odpowiedź na to pytanie niejako zamknęłaby dyskusję o rzeczywistej wartości Speakerboxxx / The Love Below, a sprawa wymaga głębszego wniknięcia. Po wielokrotnym wgryzaniu się w potwornie rozciągnięte zasoby obu dysków (pięćdziesiąt sześć i siedemdziesiąt osiem minut to lekkie przegięcie) dochodzę do wniosku, że ta separatystyczna, White Album-owa metoda przygotowań zdałaby egzamin, gdyby dokonania Big Boia i Andre 3000 usadowiono obok siebie na przemian, jak "I Will" i "Julia". Odgraniczone, miast epatować suwerennością, często błagają o wsparcie współpartnera. Potencjał wyobraźni obu dżentelmenów uwypukla kooperacja i zdrowa rywalizacja w sporcie kontaktowym, a nie pojedynek korespondencyjny. Postawić roztrzęsione, rapowo zorientowane próby Big Boia ramię w ramię z melancholijnym, funkowym digi-popem Andre, to dopiero byłaby idea. A tak, jednej cechy, którą posiadała dość przereklamowana w sumie Stankonia, Speakerboxxx / The Love Below nie ma: zwarcia konstrukcyjnego. Gotowym zapewnić: gdyby wykrojono z tych dobrze ponad dwóch godzin szlachetniejszą jedną trzecią, efekt sięgałby spraw ośmio-i-pół-owych.

W tym miejscu oświadczam, iż nie ma innego sposobu na zabranie się do opisu Speakerboxxx / The Love Below, niż obszerny rant dla "Hey Ya!", jednej z najgenialniejszych popowych piosenek w historii muzyki. Koledzy mnie doskonale zrozumieją, bo właściwie wszyscy od tygodni wyjemy za nią jak banda ociemniałych, napalonych samców o podwyższonym poziomie testosteronu za najbardziej perfekcyjną, boską panną widzianą ever. Tymczasem okazja wyjątkowa, skoro "Hey Ya!" realnie zasługuje na miejsce w panteonie. Jakkolwiek bankowo słyszeliście kawałek i pewnie nawet znacie go na pamięć, chciałbym zwrócić waszą uwagę na jego ukryte muzyczne właściwości. Po pierwsze, co to ma być?! SINGIEL ROKU na 11/16? Ten konkretny podział załamuje i pogrąża w depresji kogokolwiek kto kiedykolwiek zechce teraz napisać oryginalną piosenkę pop! Ponieważ ten podział, on jest och-tak-bardzo-naturalny i organicznie nowatorski! Dla mnie to niepojęte, napięcie między sensem eksperymentu i samym eksperymentem mnie gubi. Oszczędność środków aranżacyjnych, z synth-basem, akustykiem, klaskami i fantastycznie kiczowatymi klawiszami pogrubia samą melodię, teraz uderzającą z popiątną potęgą. Artystyczna kreatywność kompozycji, jej fenomenalna banalność i wściekła, choć wyrafinowana chwytliwość, odsyłają do wczesnych Beatlesów w bezbolesnej fuzji przyszłościowego spojrzenia i nieskrępowanej radochy. Dodatkowo, ponownie rozwala fakt hip-hopowych korzeni człowieka, który ten majstersztyk rozplanował.

Lecz odrębną wartością "Hey Ya!" jest tekstowy strumień świadomości albo raczej tekst dramatyczny do inscenizacji prywatki wszechczasów, który zafunkcjonował już wszędzie: w imprezowym slangu, przy porannym goleniu czy na podpisach gg. Istotnie, to manifest młodości i seksualizmu. I ujęcie wątku w prostolinijny acz inteligentny trop też zatrąca geniuszem. "My baby don't mess around / Because she loves me so / And this I know for sure" śpiewa pasjonacko Andre. Kultowe zdania migają jak światełka w centrach handlowych. "Thank god for mom and dad / For sticking two together / 'Cause we don't know how" i "If what they say is 'nothing lasts forever' / Than what makes love the exception?" błyszczą porażająco. Następuje sekwencja call and response, najpierw z facetami, a potem z laskami. "Shake it, shake it, shake it, shake it, shake it like a Polaroid picture" obezwładnia precyzją metafory i łamie nowy grunt dla parkietowych flirtów, gdy Andre swoim lodowo zimnym tonem oświadcza: "Now while Beyonces and Lucy Lius and baby dolls get on the floor, you know what to do", wykoślawiając parodystycznie ostatnią frazę. I tak jak na niezrównanym teledysku (kolejna warstwa: aktorskie zdolności Andre, check it out), panienki rozpoczynają taniec trzęsąc zdjęciami z Polaroidów. Chwila jest gorąca, podniecająca, amok nieprzezwyciężalny.

W debacie odnośnie zwycięzcy przyjacielskiej potyczki częściej wymienia się Big Boia. Owszem, przyznaję, Speakerboxxx solidnie napieprza po łbie i chełpi się kilkoma rasowymi momentami. Agresywny singlowy (oczywiście zdeptany przez "Hey Ya!" kieby robak) "Ghetto Musick" z soulowym przełamaniem, zchilloutowana drgawka "Unhappy", klasycystycznie Marvin Gaye-owy refren "The Way You Move", narastający "The Rooster" czy przywołujący swą delikatną hipnozą Aquemini "Reset". Ale Andre ma tego po prostu więcej. Od sinatrowego tytułowego wstępu, przez wręcz jazzowe (ale na popową modłę "The Man Who Sailed Around His Soul" XTC) "Love Hater" (te awangardowe wstawki mógłby wyczesać u nas Tymański), prince'ową balladę na medal "Prototype" (cóż za roztkliwiające "I'm think I'm in love again"), wciągający electro-song "She Lives In My Lap", akordowo-mądre-w-zejściach "Roses", po jungle'owe wariacje na "My Favourite Things" (też Tymański, ale z Możdżerem i, hm, Wojnowiczem?) gość wygrywa moje serce. Uff, nie tylko moje, Michał (to a propos Cyryla i Metodego z początku). Nie zgodziłbym się, że przeszkadzają skity i interludia, bo one wydobywają tę outkastową atmosferę (weźmy śmieszny udział małego Murzynka w "Bamboo" Big Boia lub projekcję myśli kochanków po upojnej nocy w "Where Are My Panties?" Andre). Problemem okazało się niepotrzebne rozmycie siły tego skądinąd świetnego kawału muzy. Mogę nawet się zdeklarować, bo tego ode mnie niektórzy oczekiwali. Speakerboxxx 6, The Love Below 7.

Borys Dejnarowicz    
30 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja