RECENZJE

Outer Limits Recordings
Foxy Baby

2010, Not Not Fun 6.8

W świecie Outer Limits Recordings Ariel Pink jest bez problemów ogarniającym otoczenie, wypomadowanym mistrzem studyjnej selektywności. Jest kalifornijskim słońcem, które zagubionym promieniem czasem odlegle muśnie fragmenty metropolitalnego gąszczu, w którym rozbijają się bezkompromisowe gangi takie jak OLR, Lamborghini Crystal, czy Ducktails, nocami na swoje większe i mniejsze legendy pracują samotni poszukiwacze wrażeń w rodzaju Gary Wara i Dylana Ettingera, a Times New Viking to w tamtych kwartałach pośledni alfonsi. Kasety z tylnych siedzeń, skóry, motory, zapomniane seriale o policjantach i zakonserwowane w tych bardziej obskurnych zakamarkach świadomości heavy rockowe zawiesiny są im wyjątkowo bliskie. Oparte to wszystko na koncepcie jakby z późnego Burroughsa, który przytoczy może kto inny.

Dociążoną wersję Ariela słychać w "Foxy Baby", w "On The Rocks” jeszcze też. Ale już dalej inne źródła zaczynają się odzywać, bulgotać i charczeć. Tak mogłyby brzmieć przepowiednie wyroczni delfickiej, gdyby była wystawiona na napór pytań z dzisiejszego świata. I teraz zależy, jak do tego recyklingu/rzygu power popowych, heavy i psych rockowych a nawet new wave’owych sztanc podejdziemy. Niechanie zestawiania Foxy Baby z przejrzystą wielowariantywnością Rangers, czy z przebojowością Ariela wydaje się zupełną podstawą. Ciekawym zabiegiem okazuje się słuchanie tego materiału jako nowego Jamesa Ferraro. Gdyby ten, gotowy nałożyć delikatnie złuszczającą skórę maseczkę na twarze z Mount Rushmore, połyskliwie nakremowany drone’owiec poszedł w takie repetytywne, rozwichrzone gitary i epizodyczne wokale z trzeciego planu, byłby to jego barwnie twórczy krok i nikt nie wypominałby mu niewystarczająco nowatorsko brzmiących melodii (Rangers to jednak inny poziom opracowania prostych patentów). Z tym dającym widoki na siódemkowość kontekstem idźmy dalej.

W jazgotliwej normie zwracającymi uwagę anomaliami okazują się rozwiązania równie typowe, tylko że czerpiące wzory z gatunków kontrastujących z dominującą na Foxy Baby rockerką. Cudowne klawisze w "Smoke Opera" bez pytania wprowadzają niebylejakie italo. Budowane na ambientowej strukturze nakładających się na siebie ech "Bergheim" z lo-fi rocka odpalonego w Fenneszowej pralce z dodatkiem shoegaze’owych wokalnych zmiękczaczy przechodzi w końcówce w space rockowy jam z głosami rozciągniętymi w kosmiczne hurricano. Miniatura "Headspins" to wyimek ze słownika kantońsko-kalifornijskiej kultury ludowej, pulsujący kalejdoskop zdolny wciągnąć swoją witalnością. Z tym i z fantastycznym "1000 Ciggies" OLR mogliby supportować Vibracathedral Orchestra. Mimo czerpania garściami zewsząd, znać w tym opamiętanie, a w środku nie tylko biały wiruje proszek. Nawet podatne na oskarżenia o wyjątkową banalność, ambientowe "LA Skylines" kryje w sobie pokłady niekłamanej nostalgii i pobłyskuje, nie będąc dalekie od bycia klejnotem na przekór wszystkiemu. Zresztą i te mocniejsze, bardzo podobnie ułożone utwory idące na początku płyty jeden za drugim, z czasem rozszczepiają się, pokazują może nie bardzo wyraziste, ale jednak przyjemnie osobne charaktery.

A w końcówce jest nawet szansa na odpoczynek. "Driving At Night" wprowadza wcześniej nieobecne na tym LP ambient/chill-rockowe brzmienie. Wokal, jak się już w tym utworze pojawia, to chodzi o Bowiego, co uprzyjemnia zabawę i uwidacznia jedną kwestię: może lepiej odbierałbym takie Tame Impala, gdyby wokalnie nie postawili tak jednoznacznie na Lennona, bo urok OLR chyba w dużej mierze wynika z przeprowadzania tych ich syntez względnie anonimowo, z czasami gdzieś wklejonym posterem z bohaterem.

"Final Seduction" też może się nazywać kawałkiem chill-rockowym, słychać w nim jakby rozwodnione Phantom Power, impresyjną, nienachalną próbę zahaczenia o shoegaze’ową mistykę. Na tym medytacja się kończy, Lisiczkę zamyka zdrowe, prawie imprezowe "Untitled", a motyw gitarowy, na którym zostało oparte, jest jednym z najwyraźniej nagranych w historii projektu. Mogłoby się to znaleźć się na stronie A debiutu Tanaki. Płytka i męczy, i wciąga, czasami zwalnia i rozszerza przestrzeń tylko po to, by z większym skupieniem oddawać różne rodzaje napięcia. Ujmując sprawę lekkomyślnie, fajna neuroza.

Andrzej Ratajczak    
14 grudnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie