RECENZJE

Out Hud
Let Us Never Speak Of It Again

2005, Kranky 6.3

There is nothing certain except death and taxes and the inevitable juxtaposition of Hud's sophomore vs. 42 miejsce na liście albumów minionego pięciolecia. Pierwszaą zauważalnaą zmianaą, że w stosunku do debiutu jest obecność wokalei. Fanów, których przeszył w tym momencie dreszczyk emocji, spotka jednak rozczarowanie – sporadyczne zaśpiewy członkiń niestety nic tu nie wnoszą!

Było mniej dźwięków na pierwszymdebiucie, ale bardziej przemyślane, więcej kompozycji, no.Let Us Never Speak Of It Again Drugi jest bogaty i produkcyjnie dopieszczony, eksponuje bogatą paletę brzmień, no ale nie mabrak tu jakiejś myśli przewodniej. Na debiucie Ffrazy wspierały się logicznie, eksplodowały kreatywnością. Przy tym to był kur** Funk. Była w tym jakaś dramaturgia, plan. No po prostu genialnie kreatywne, no i więcej było wirtuozerskiej gitary Andreoniego, która była tu trademarkiem, spoiwem. Gdzie ona jest na follow-upie? Nigdzie. Gdzie są skrzypce? Teraz to są jakieś przypadkowe, zagubione dźwięki – opener to chaos, który dopiero transformuje się w coś bardziej sensownego. Tutaj do kupy całość trzymają chyba jedynie bity. I co wnoszą te wokale? W sumie nic. Jest bardziej luźno, jamowo. Więc myśląc o drugim albumie odkrywa się sekrety magii pierwszego. Zdecydowanie to musiała być gitara, która miała ogromny impast wpływ na słuchalność projektu. No przy tym też kawałki są niespójne globalnie, to nie jest jedna materia, a raczej każdy z innej bajki.

"It's For You" rozładowuje się w spiętrzeniach, które spadają w doliny nowych fraz (zdanie bez sensu). Pianino w tym utworze tak jakby Kuba grał na Sylwestrze u Borysa (improwizacja na żywo w takt "Hair Dude'a" dla Zakrockiego). Dobry pomysł z rytmicznym dyszeniem. W trzecim "One Life To Leave" niby jest świetny, prościutki transowy motyw na syntezatorze, który dobrze eksponuje wariacje tła, ale nic więcej. W czwartym "Old Nude" niby zawiera udane pogłosy, industrialne łamania rytmu, jak w tym kawałku Becka z Midnight Vultures ,no i zakończenie melancholijne z wiolonczelą i plamkami syntezatora, kojącym refrenem, niezłe. Ale wciąż mam wrażenie, że to tylko dobre momenty wśród większości słabszych. Tu trochę jakby cezura, bo od piątego to się dla mnie zaczyna przeciętna łupanina elektro(z wyjątkiem szóstego). Czy oni chcą się bawić w Kraftwerk, przecież to w ogóle ich rodzaj muzyki nie jest. Niby skrzypce nadają tak jakiegoś bardziej ludzkiego wymiaru, ale. Na wysokości 5:49 znowu robi się bardziej słuchalnie, preriowo, westernowo. No ale to trwa tylko chwilę, no naprawdę jak na ośmiominutowy kawałek to można go było zmieścić w 4 minutach.

"How Long", Jezu jak to księżycowe wejście z emulowaną fujarką mi coś przypomina, później podniosły recital na skrzypcach startujący na talerzach w funkowy break, z zaśpiewem, no super, od momentu kiedy wchodzą syntezatoray, a później to już doprawdy majestatyczne synthowanie à la Adult. / Fischerspooner jest z ciętymi wokalami. Zajebiste, zajebiste. Nie no, dochodzę powoli do wniosku że najlepszy na płycie jednakkawałek, growing on me, ej no ten break klasyczny Street Dad z bitem spadającym ze schodów plus handclapy i podcięcia wokalu. Sprawdźcie szósty, zaprawdę powiadam.

O siódmym "2005: A Face Odyssey" mogę powiedzieć jedynie, że w ogóle mnie nie rusza, no po prostu nic mnie tam nie interesuje w nim, na niczym ucha nie mogę zawiesić. Ósemka "The Zillionth Wait" ładny harfiany interlude coś jak początek, coś jak "Wholesome" Jecka na 7, ale mniej wysmakowane to. No i wchodzimy w jedenastominutowego mamuta ("Mr. Bush, There Are Over 100 Words For Shit And Only 1 For Music"), ejejej no kurde zaraz przecież to przypomina "L-Train" z poprzedniej płyty, to jest "L-Train" właściwie, tylko trochę gorszy. (W ogóle śmieszna dygresja że chyba po raz pierwszy w historii zgadzam się z "AMG Picks".) Ale zaraz co się dzieje w ósmej minucie tegoż utworu, że jakoś nie pojmuję zamysłu kompozycyjnego, sorry ale to jest totalny slack. Closer równie rozczarowujący.

Ok. Druga warstwa recki powiedzmy że skończona, teraz polerujemy, anegdotki społeczno-polityczne, że jak to płyta wyszła w marcu a dopiero miałem czas żeby ją zrecenzować w grudniu, jakby to kogoś interesowało, plus szerszy kontekst i prościej, żeby było tak jakoś dla ludzi, bo mam wrażenie że nasze recenzje stają się coraz bardziej hermetyczne. W sumie jak na płytę 51 minut to wykroiłbym 20 minut solidnego materiału, starczyłoby na mocną EP-kę. Lepsze to niż Louden Up Now, ale Dad pozostaje ideałem wciąż niedoścignionym. A co gdyby tak recenzję konceptualną z zaznaczonymi skreśleniami.

Tomasz Gwara    
1 grudnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie