RECENZJE

Ought
More Than Any Other Day

2014, Constellation 7.1

Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że w 2014 roku stricte gitarowe granie ma dla pop-entuzjasty takiego jak ja jakieś szczególnie duże znaczenie, jednak rokrocznie kilka pozycji autentycznie potrafi mnie zainteresować w niewiele mniejszym stopniu niż najświeższe trendy i futurystyczne wynalazki. W zeszłym roku mieliśmy m.in. Savages i zaginione nagranie Wire, a w tym rolę szofera do alt-matecznika może przejąć pochodzący z Montrealu zespół Ought (chociaż nowe wydawnictwo Cloud Nothings też nie ułomek). Tym bardziej, że More Than Any Other Day, ich długogrający debiut, to nie jedynie sentymentalna przejażdżka po wielu minionych fascynacjach, które w jakiś tam sposób mnie (nas?) kształtowały, ale również świadectwo kompozycyjnego i wykonawczego kunsztu. Zdaje się więc, że mam nowy ulubiony nowojorski zespół, który – o, komedio omyłek – nie jest z Nowego Jorku.

Ought wyglądają natomiast na amalgamat kilku dekad ściśle z Nowym Jorkiem związanej historii okołopunkowej estetyki, od korzeni, aż po najróżniejsze jej wytwory, mieszając surową, czarno-białą post-punkową ekstazę z całą gamą pochodzących z różnych zakamarków tzw. gitarowej alternatywy ornamentów. Mamy więc zgrzytliwe drone’y Velvet Underground, niepohamowany art-rock Television, iście slintowską miejscami eskalację napięcia, dysonansowe zapędy Sonic Youth, neurozę Talking Heads, jak i wiele innych, szlachetnych inspiracji. Trzeba jednak zaznaczyć, że More Than Any Other Day to nie tylko sprawna żonglerka cytatami. To płyta, którą ze swoimi diablo ekspresyjnymi, gówniarskimi emo-sprężeniami łapie się na poziomie intuicyjnym, a której jednocześnie ciężko odmówić inteligencji i wyrafinowanego wykalkulowania.

I tak już chyba mój ulubiony, otwierający album "Pleasant Heart" wykłada karty zespołu na stół, odprawiając rybookiego malkontenta z kwitkiem. Potężny, impulsywny gitarowy riff trzymany jest w ryzach jedynie dzięki wymiatającej, nieznoszącej sprzeciwu sekcji rytmicznej. Na tym rozpędzonym walcu muzycy nakładają kolejne partie, wykazując obecne na całym z resztą albumie feeliesowe (nomen omen) wyczucie i świetny timing w rozprowadzaniu poszczególnych motywów instrumentalnych. W pewnym momencie utwór wycisza się, pozostając jedynie rzężącą impresją na modłę najbardziej przystępnych fragmentów NYC Ghosts & Flowers, by pod koniec ponownie wybuchnąć i zakończyć się na kilku do wycieńczenia powtarzanych wrzaskach.

Ta szamańska repetycja fraz jest dobrym pretekstem do pochwalenia Tima Beelera jako wokalisty, bo to w pewnym sensie znak rozpoznawczy lwiej części jego opętańczych eskapad. Jak się słusznie domyślacie, nie chodzi tu o techniczne walory jego głosu, a raczej o emocjonalny potencjał, jaki ze sobą niesie. Lawirując między dekadencką ekspresją Toma Verlaine’a a maniakalną manierą Davida Byrne’a, Beeler wypełnia zawarte na płycie teksty autentyzmem i dozą ponadczasowości W "Habit" na przykład wyrzuca z siebie miażdżące "Is there a weight that you were trying to unload here? / But you just can’t get it, you can’t get it off now", ale nawet bez zrozumienia tych słów nietrudno byłoby wyczuć pokłady rozgoryczenia w nich zawarte.

Stosunkowo surowa produkcja płyty nie przeszkadza w zachowaniu odpowiedniej przyswajalności, a to za sprawą stanowiącego dla niej przeciwwagę przywiązania do względnie chwytliwych melodii, osiągającego swoje apogeum w sixtisowo zadłużonym "The Weather Song", w którym Violent Femmes grają "Lolę" do poezji Marka E. Smitha. W ogóle zestaw piosenek jest bardzo mocny, choć bez nieco nudnawego "Forgiveness" mógłby być jeszcze mocniejszy. Nie zmienia to faktu, że More Than Any Other Day to dla mnie jak na razie produkt roku w swojej kategorii i "niech mnie chuj" jeśli nie przypomnę sobie o nim przy okazji styczniowych podsumowań.

Wojciech Chełmecki    
1 czerwca 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja