RECENZJE

oOoOO
oOoOO (EP)

2010, Tri Angle 5.8

Ej, goci, nie piszcie już do Kacpra, chodźcie, przycupnijcie wraz ze mną przy tej rE(P)cce. Pokontemplujmy wspólnie, jak obiecująco blade są dzieci podrzucane pod furty klasztorów Tri Angle, Disaro, czy IAMSOUND. ToO jest bladziutkie szczególnie. W odróżnieniu od w sumie zaskakującego wielowątkowością, ekscentrycznie spuchniętego i pełnego niepokojących plamek King Night Salem, nasza EP-eczka odsyła do bardziej klarownych brzmieniowo, w wykonaniu tegoż Salem, początków znicz house'u. Pierwsza z brzegu kołyski, czerpiąca z dubstepu miniatura "Mumbai", jak w tytule, pogrywa sobie klimatem zaprzeczania przez Teheran oskarżeniom o prace nad technologią broni nuklearnej, co jest w sumie bliskie The Rootsman surowo remiksowanemu przez Muslimgauze na City of Djinn, a do tego połączone między innymi z samplami hindi-popowego wokalu – jakby nie patrzeć asiawave, o który z głupia frant ubiegałem się w pleju o Dream Cop, dzięki. A dalej jest jeszcze bardziej tak, że jeśli uznać, że King Night konsekwentnie lata po konfederackich pagonach dusznego genius loci południa USA, to otwieracz EP-ki Christophera Greenspana jawi się jako trójkąt wymierzony swoim najostrzejszym wierzchołkiem w stronę globalizacji. Czyli generalnie rozstrojon jak busole w nomen omen Trójkącie Bermudzkim. Żaden protest-rigobert-song, chodzi tylko o narysowanie swoOjegoOO graffiti w różnych miejscach planety, atmosphere-checking. Ten trójkąt to zresztą souvenirowa zakładka, wystająca z Orientalizmu Saida. I Only Said. I tak, wschodniość "Mumbai" wprowadza w obręb nurtu kolejną niepokojącą figurę Innego, ale z drugiej strony (albo z tej samej) została ci ta ćma kebab barowa przybita postkolonialną szpileczką – lub jej duszkiem, albo i tym, i tym, zależnie od rodzaju odbioru; egzotyka jest w nim gorliwie oswajana lub oddawane są próby jej oswajania - poprzez osadzenie jej na wspomnianym dubstepowym szkielecie i przez sample głosu kobiety mówiącej po angielsku, brzmiących jakby były wycięte z trącącego martwą myszką filmu grozy. Powtarzana przez nią kwestia, "there is nothing wrong, nothing wrong", pojawiająca się również w wariancie "nothing is wrong", jest w tym kontekście szczególnie znacząca a mieszanie w kociołku składni tworzy wrażenie odwoływania się do poetyki magicznej, zaklinania lęków. Ale taka zasada przede wszystkim: nigdy do końca nie wiem, czy to właśnie iskają mnie przyświątynne małpki, czy 40stu wystylizowanych pod kątem gustu Allacha nożowników wbija mi swoje ostrza w podbrzusze, i tak czuję tylko łechtanie. Taki to uładzony dreszczowiec, bycie zajawką wydający się mieć wpisane w swoją naturę.

W kolejnych odsłonach EP-ka podtrzymuje to wrażenie, nieprzyzwoicie konsekwentnie, raz po raz wywołując myśl, że ozdobiona niewielkimi klejnotami wiedźma jest naga. Dominuje blady, szarooki wokal początkującego sukkuba pod wezwaniem katalogu 4 AD, podrasowanej minimal wave i Vangelisowego "Rachel's Song" unoszący się nad spowolnionym synth popem, zrodzonym w mroku, pulsującym w nim anemicznymi przebłyskami ściszonej, kameralnej indywidualności. "Burnout Eyess" to pio-sen-ka w sam raz do kumpelskiej reedycji wspominanej przeze mnie jeszcze nie tu, ale ówdzie owszem Water EP wspominanego przeze mnie jak najbardziej tu i również ówdzie Salem. Chociaż w swoim subtelnym rozbujaniu i nieznacznym zaokrągleniu zerka w stronę grupki drżących z chłodu fanek r'n'b, to nie odchodzi daleko od jednej z dominant nurtu, statyczności występującej pod postacią ociężałości albo anoreksji. Dzieciątko jest w stanie sprawiać mi umiarkowaną przyjemność, ale dotąd przy żadnym przesłuchaniu nie angażowało. Inne kawałki też są raczej niezłe, ze szczególnym wskazaniem na wybrane do Rezerwy "Hearts" (przypomnę lub wyręczę: w sercu mroku "pan Livingstone, jak mniemam" pod postacią basu i rozstrojonego mooga) i dyskretnie ornamentowane faux-smyczkami "Plains Is Hot", ale żaden jeden nie porywa na Ślężę. Gdybym nie był idolem nurtu, mógłbym spokojnie uznać, że w Rezerwie to ja napisałem "nie będę wracał". Niby można wskazać mikroskopową dynamikę jako przyczynę takiego odbioru; w końcu cała otoczka witch house'u zobowiązuje jednak do większego dramatyzmu niż, powiedzmy, estetyczne skojarzenia łączące się w chmurkę wokół minimal techno. Hokej to też ludzie zostawieni na lodzie, ale jednak krzyknie się im "jebaj", czy inne "ogień". Może więc sprawa kryje się za podświadomą niechęcią przystania na dość beznamiętną kontemplację stanów patologicznych. A może nie, bo tu znowu plaska we mnie podgryzionym ogonem kwestia jakości songwriterskiej, tym razem jako wyjście wskazując takie Last Exit. W tej sprawie może coś powiedzieć zamykający EP-kę cover "Burnout Eyess" zrobiony przez - pojedźmy terazrockowo, zawsze chciałem - formację Vision of Trees. W oryginale kryniczny wokal zyskuje elektroniczną chrypkę, całość zostaje zanurzona w akwatycznej, właśnie minimalowej przestrzeni z pogłosami, ale mutuje się w schizoidalność bliską okołoambientowemu New Maps of Hell Paula Schutze, która zostaje wykorzystana do zaskakującego spiętrzenia w połowie, do tego bit w Wizji Drzew staje się mechaniczny, a wszystko majaczy całkiem konkretnie jak cyberpunkowe polis w filmowym Bladerunnerze. Takich androidów wiedźminom potrzeba.

oOoOO, jak i inni czołowi adepci elektronicznego czarostwa, nie pozwalają jednoznacznie się jarać, jak pozwalały na to tracki wrzucane przez Bundicka do sieci na "długo" przed wydaniem Causers.... Cały nurt wydaje się (w miarę dobrze) żyć głównie z kredytów udzielanych przez wyobraźnię i nawyki słuchaczy przyjemnie doświadczonych przez chillwave, skłonnych do uprawiania hypnagogic listeningu, do ekstrapolowania swoich wrażeń. A poklepywane przez nich smutasy często wchodzą w banalizm, gubią zdrowe proporcje między nawiedzaniem a uwodzeniem, najczęściej przefiltrowują brzmieniowo formalne schematy i klisze, płacąc za dragi kradzioną flotą. Zaczarowany kij w to. W końcu łykam brokat, kiedy dostaję synthowy prog barok, ale w tym wypadku ciągle takich frykasów doczekać się nie mogę. W internetach natrafiłem na pomysł nawiedzenia i opętania jakiegoś, nie pamiętam jakiego, ale muzycznie solidnego dziełka, które po takich zabiegach byłoby według autora ideji sztandarem witch house'u. Więc i gdzieś tam za siedmioma serwerami i w cieniu Pitchforka już się zarysowuje coś na kształt niedowierzania w muzyczne możliwości samych wiedźminów. W sumie, niech będzie, że paradoksalnie, większe szanse na merytoryczną doniosłość wydają się mieć pochodne style, których bardziej nie było, jak lo-fi r'n'b.

No dobrze, niby zgraja będzie teraz szlifować się songwritersko, co może dawać bardzo ciekawe efekty na przykład z tego względu, że formalnie witch łączy elementy bardziej od siebie odległe, niż to ma miejsce w chillu, ale w tym magicznym kręgu brak odpowiednika Chaza w zakresie łączenia nutek, co prowadzi mnie do preferowania sytuacji, która polegałaby na tym, że jeden z drugą, z trzecim a także ten, czy ów zaczęliby podnosić się z kanapy, na której póki co siedzą wpatrzeni w filmy z retro dreszczykiem i Dirty Southowe teledyski, i ja też z nimi siedzę, i jest usypiająco przyjemnie, ale nie. Pójdźmy w transgresywność. Wstrzyknijmy sobie świeże powietrze i próbujmy coś nagrać w ciągu tych sekund, które nam zostaną. Po prostu, inaczej niż chille, witche swoimi od początku niemałymi brakami od razu i silnie prowokują mnie do oczekiwania, że -alnie i -alnie pójdą dalej a nie, że będziemy się pieścić hasłem "blisko, coraz dalej". Spadają liście i jak na razie talentu starcza im na wielomiesięczne utrzymywanie mnie w poczuciu bycia takim sobie sprowokowanym. Tyle, że coraz bardziej nęci, by zetrzeć z nich kurz, ale ciągle zbyt mocno stoi typ, że gdybym próbował to zrobić, wpisałbym ich w pradawną tradycję rozpadania się mumii albo przenikania dłoni przez astralną plazmę.

Andrzej Ratajczak    
22 października 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie