RECENZJE

Oneothrix Point Never
Good Time

2017, Warp 7.0

Twórczość Daniela Lopatina od lat konsekwentnie karmi się niepokojem słuchacza. Zwiedzanie nieprzeniknionej wyobraźni amerykańskiego producenta przypomina oglądanie idealnie symetrycznych kadrów z kubrickowskiego Lśnienia. Dopracowana do perfekcji kompozycja wzbudza zachwyt, lecz ciężko nie zauważyć nienaturalności w całej tej metodyczności. Dogłębna eksploracja pozornie harmonijnego świata wprowadza uwierające uczucie dyskomfortu, którego niełatwo się pozbyć. Nerwowy pejzaż wykształcił swą szkicową formę w okolicach Rifts, a następnie nabrał konkretnych konturów na Replice i stał się żywym organizmem przy okazji premiery Garden Of Delete. Najnowsze dziecko autora R Plus Seven to jednak całkowicie odrębna kreatura szukająca suspensu w bardziej dosłownych środkach wyrazu. Abstrakcyjne strachy już nie ukrywają się w zakamarkach, a bezwstydnie spacerują wśród przerażonych tłumów gapiów.

Ścieżka dźwiękowa do filmu Good Time funkcjonuje trochę jak worek treningowy dla nieokiełznanej energii twórczej artysty. Oneothrix Point Never porzucił wyrafinowane strategie emocjonalnego skrytobójcy i włączył tryb brutalnego neandertalczyka. Ten materiał nokautuje pędzącym na złamanie karku rytmem oraz gęstą jak smoła atmosferą, możliwą do cięcia jedynie piłą tarczową. Zainspirowane malowniczością tuzów berlińskiej szkoły utwory opowiadają historie zostawiające zimne plamy potu na podkoszulku. Wirujące niczym trąby powietrzne syntezatory i powykręcane sample wokalne zapewniają doświadczenie porównywalne jedynie z nocną ucieczką przed niebezpiecznym nieznajomym. Lopatin wciąga nas w sam środek piekła i każe przetrwać bez wzywania posiłków. To fizycznie wyczerpująca zabawa zapraszająca do zderzenia się z murem rzeczywistości bez postmodernistycznych pasów bezpieczeństwa. Tak właśnie wygląda sztuka odrzucająca metaforyczne dodatki i serwująca krwiste mięcho.

Pojawiające się tu i ówdzie fragmenty dialogów także skutecznie przyspieszają tętno. Wycinkom rozmów żywcem wyjętych z obrazu braci Safdie patronuje znany i lubiany duet desperacji oraz rozpaczy. Kto by pomyślał, że OPN ma w sobie takie pokłady współczucia dla ludzkiej egzystencji. Gdzieś zaginął charakterystyczny dla niego technofetyszyzm i ustąpił miejsca przyziemnym słabościom. Połówka nieistniejącego duetu Games kreśli tragedie jednostek posługując się fatalizmem Sofoklesa i paranoją Thomasa Ligottiego. Dlatego właśnie nie potrafię gniewać się na nie do końca satysfakcjonujący epilog z gościnnym udziałem Iggy'ego Popa. Mimo że nie podoba mi się jego banalna, balladowa struktura, to w kontekście wymowy longplaya, połączenie jęków założyciela The Stooges z oszczędnym podkładem muzycznym zdaje się być jedynym logicznym rozwiązaniem historii. Pokiereszowany wokal najsłynniejszej klaty rocka podsumowuje tezę stawianą przez ten album – walka z regułami rządzącymi wszechświatem kończy się zwycięstwem jedynie w przypadku akceptacji nieuchronnej klęski.

Mamy więc do czynienia z projektem pozbawionym intelektualnych pretensji. Good Time w przeciwieństwie do innych dzieł Amerykanina raczej nie zainspiruje prac doktorskich czy akademickich debat. Dostajemy pozycję brzmiącą jak efekt spontanicznych, kreatywnych spazmów. Te kompozycje są potomkami gwałtownego impulsu pozbawionego choćby szczypty zdrowego rozsądku. Słuchając szalonego "Bail Bonds" czy znerwicowanego "Hospital Escape", odczułem wręcz cielesne wyczerpanie. Jak widać muzyka wypruta prosto z trzewi umie podrażnić też organy odbiorcy. Progresywna elektronika w wykonaniu Daniela Lopatina spuszcza tak wspaniały łomot, że aż chce się nastawić drugi policzek.

I to nie koniec mojej pieśni pochwalnej. Powiem wam jeszcze jedną ważną rzecz. Otóż ten soundtrack znakomicie działa jako osobny, niezwiązany z filmem twór. To album nadający się do konsumpcji nieskażonej reżyserską wizją, albowiem jego potencjał wykracza poza standardy sztuki użytkowej. Wychodzi na to, że Oneothrix Point Never nawet rzemieślnicze zlecenia wykonuje niczym natchniony artysta.

Oto werdykt : Oneothrix Point Never znów diluje towarem najwyższej jakości i choć zmianie uległ skład oraz smak produktu, to skutki zażycia są tak samo satysfakcjonujące jak wcześniej. Bon appetit.

Łukasz Krajnik    
20 września 2017
BIEŻĄCE
Porcys Składak: Four Tet
Four TetNew Energy