RECENZJE

Oneohtrix Point Never
Returnal

2010, Editions Mego 7.2

Daniel Lopatin jest w porządku. Jeśli szukaliście jakiegoś wykonawcy, który łączyłby konotacje ze sceną brooklyńskiego noise'u z obmyciami syntezatora o niepokojąco opadłym napięciu powierzchniowym, możecie wreszcie wykopać z Readera wszystkie blogi brzęczące o coraz bardziej zestandaryzowanych kopiach Black Dice. Zakapturzony intermedioznawca z brodą to wasz nowy człowiek.

Po binarnym początku hałaśliwej sieczki "Nil Admirari" i rozmytego cloudsurfingu "Describing Bodies" widać jak Lopatin będzie traktował odbiorcę: z new-age'owska. Opener jest jeszcze wstępnym wstrząsem, sekwencją epikurejsko dysonujących dronów i cytoblastu rozpadających się elementów perkusyjnych – może mrugnięcie w stronę Rehberga, kto wie; samo "Describing Bodies" tonuje nastrój i przywraca, względny bo względny, ale zawsze jakiś porządek. Następny indeks skrywa ładne "Stress Waves", objawiając zamiłowanie do grania arpeggio – znak czasów, tym bardziej, że całość obleczono w warstwy tonów rozprowadzonych tak delikatnie jak tylko można bez popadanie w emulowanie muzyki konkretnej. A to dopiero początek infrastruktur Returnal: tytułowy to właściwie elektrosyntetyczna frazka powtarzana ad libitum jako skromny zestaw odniesienia dla mutujących, rewerberacyjnych wersów śpiewanych via sprzęt o jakim Knife mogą tylko rozmawiać. W "Pelham Island Road" – bez słabszych punktów rozmycia z linearnej przeplatanki w introdukcji wyprowadza nam pan krótką progresję oczywiście bardzo legato i bardzo osadzoną w sytuacji symulowanych skrzeków i ćwierków tłumionych przez siedemdziesięcioletni dorobek high-endowej muzyki elektronowej. Z czasem (który akurat w przypadku OPN jest kruchą kategorią, o czym za chwilę) te faux-naturystyczne ozdobniki będą się na siebie nakładać w nierówno dzielonych segmentach usiłując nadążyć za ciągnącym się klawiszem przewodnim aż do wygaśnięcia.

"Żaby, runo leśne" powracają, tym razem głośniej, jeszcze w zamykaczu, który klamruje całość zostawiając mgławicę środka nienaruszoną zgrzytem [tu można by wstawić jakąś jaskinię jakiegoś Porfiriusza – drony i trzaski jako drzewko oliwne, rozsadzona w "Preyouandi" formuła całości jako wejście południowe – discuss]. Wspomniany wyżej czas w ujęciu Lopatina jest pojmowany raz, że koliście, dwa, że całościowo. Niezręcznie mu przypisywać jakieś kategorie liniowości – zahaczenie uwagi o dowolny ciąg dźwięków przyniesie tylko i wyłącznie rozpoznanie go po chwili w nieco zmutowanym kontekście, który nieco dalej pojawi się w kontekście tego samego co na początku – lub tej samej kategorii – ciągu dźwięków; na przykład: "No słuchamy – dobra, fajne arpeggio, takie bardzo jego, zobaczymy co się z nim stanie" – po minucie: "Ojej, minęło dopiero dwadzieścia sekund a tu już przewodni motyw syntezatora całkiem pokrył szesnastki [he he – przyp. los.] w nieprzyzwoitej częstotliwości" – nie dość, że łatwo doznać dylatacji, to jeszcze teksturowe zdarzenia są same w sobie prackami na dyplom co najmniej licencjacki. Chyba od czasów Pop Voigta nikt tak nie rejestrował bełkotliwych repetycji procesów. Laickie studium reichowskiego kontrapunktu w "Where Does Time Go" czy schulzowskie legato wszędzie poza utworami otwierającym i zamykającym – co chcecie, macie; new age wiecznie żywy. Indie też. Ovalcommers grane przez Tangerine Dream albo nie trzeba być Mourinho, można być Bielsą.

Mateusz Jędras    
26 czerwca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie