RECENZJE

Oneohtrix Point Never
Replica

2011, Software 7.4

Sięgasz po lusterko i w odbiciu zamiast swojej twarzy widzisz trupią czaszkę. Nie tyle cię to przeraża, co bawi, albowiem twoją fryzurę stanowi nalizany obleśnie makaron. Od momentu, w którym motyw wanitatywny nie implikuje już żadnych etycznych napomnień, rozpoczyna się estetyzująca igraszka z kulturowym dorobkiem współczesności. Daniel Lopatin wysnuł w ten sposób swoją wizję świata postapokaliptycznego, a za jej tworzywo posłużyły pełne oczywistych absurdów telewizyjne bloki reklamowe sprzed dwudziestu i więcej lat, w których odzwierciedlają się w zafałszowany sposób fragmenty życia codziennego najzwyklejszych zjadaczy chleba. Postmodernizm – wiadomix – słowo-wytrych dla opisu kultury współczesnej. Stwarzaj pozory; złóż coś z tego, co już było.

Dla Lopatina to nie pierwszyzna, znamy go przecież jako odkurzającego ściereczką swoje stare syntezatory geeka, rozmiłowanego w ich modulowanych kosmische-brzmieniach, eksponowanych zarówno do spółki z jego szkolnym kolegą Joelem Fordem w strukturach futurystycznego popu, jak i solo, w tych drone'ująco-new-age’owych, znanych pod niniejszym szyldem. Jednak tym razem Oneohtrix Point Never nie daje się zgłębić drogą medytacji przeciągłego brzmienia dźwięków płynnie przechodzących jeden w drugi. Pierwszy plan najczęściej osiągają repetujące odłamki dźwiękowe owych starych reklam - rozbite obrazy dawnych stylów życia. Poukładane w naprzemienne segmenty - tak jak w "Sleep Dealer" i "Power Of Persuasion" - rytmizują utwory na nowo; komentują poszukiwanie nowej harmonii, ładu i porządku z godnym człowieka pierwotnego wynalazczym zacięciem. Syntezatorowe melodie, takie jak ta otwierająca album, funkcjonują zgodnie z tytułem And Their Refinement of The Decline Stars Of The Lid. Tym nieporadnym chaotycznym próbom potrzeba upiększającej narracji w postaci wyłaniających się na krótko z drugiego planu dronów jak i efemerycznych smużek, znikających szybko niczym meteory – wszystko w języku kosmicznej klawiatury Daniela Lopatina.

Najbardziej ujmujący jest jednak utwór tytułowy. "Replica" to melancholijne w duchu Thoma Yorke’a z Amnesiac powolne uderzanie w klawisze pianina. Brzmi jak elegia spowita hipnagogiczną mgiełką ulotnych melodyjek i atonalnych obco brzmiących pozostałości po sonicznych strukturach dawnego świata, kojących jednak coraz bardziej im bliżej końca. Następujący po niej "Nassau" wpisuje się tymczasem w pomysł nagłego wybudzania z błogich stanów. Rozpoczyna się charakterystycznym dla wielu innych fragmentów tej płyty rozgardiaszem poszukujących właściwego rytmu sampli. Całość przypomina trochę walkę o wpływy między Kranky a Raster-Noton. Gdy w "Submerisible", jedynym czysto drone’owym tracku Repliki, zanurzamy się w odmęty podwodnego świata, przed naszymi oczyma w slow-motion rozpościerają się jego tajemnice. Jednak nim zdąży się złapać tę ambientową wczutkę, już jesteśmy przy kolejnym indeksie i zaalarmowani komendą "Up" przy akompaniamencie repetycji jedynego na płycie bitu perkusyjnego rozpoczynamy wynurzanie.

Replica wedle zamysłu Lopatina jest ilustracją nieporadnej próby odwzorowania preapokaliptycznego świata na gruzach jego popkulturowych artefaktów. Efekt nie brzmi patetycznie. Replice daleko do monumentalizmu. Przepuszczone przez filtry emisje dźwiękowe z porzuconych nadajników tworzą nowe środowisko audialne. Pomimo lekkich zadrapań, dystorsji i psujących ambient wtrętów nie ma tu agresywnego harsh noise'u w rodzaju tego, który otwierał poprzedni album Returnal. Jest to otoczenie niby znajome, niby przyjazne, złożone przecież z towarzyszących człowiekowi banalnych dźwięków konsumpcyjnej codzienności; niepokojąco jednak zmienne, nieuporządkowane i nieoswojone, obce.

Michał Hantke    
19 listopada 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja