RECENZJE

Oneohtrix Point Never
Garden Of Delete

2015, Warp 7.4

Kiedy Daniel Lopatin był w moim wieku, ja zaczynałem podstawówkę. Urodziliśmy się w miejscach oddalonych od siebie o sześć i pół tysiąca kilometra. Nasze kulturowe tła, które nam towarzyszyły (i towarzyszą zresztą nadal) są zupełnie inne. I nie chcę nawet zaczynać tematu tego, że wraz z nadejściem epoki Internetu to się zmieniło. Pewnie trochę tak, ale nie dajmy się zwariować. A jednak Garden Of Delete, płyta tak mocno uwikłana w te konteksty, trafia do mnie jak mało co w tym roku.

Nie chcę zmagać się z opasłym dorobkiem autora, twórcy tak wielu wspaniałych rzeczy. Tak charakterystycznego, jak i eklektycznego zarazem. Nie zaryzykuję wiele, mówiąc, że już teraz zapisał się w kanonie szeroko pojętej "muzyki elektronicznej" (brrr) czy "eksperymentalnej" (też super pojęcie). W gruncie rzeczy, ta mała laurka nie jest konieczna, ale pozwala zobaczyć, że już tak uznany artysta nie tylko nie przestał być interesujący, ale w mojej opinii wydał właśnie swoje najlepsze dzieło.

Brzmienie Garden Of Delete to nie tylko synteza plądrofonii Repliki z autystycznym syntezatorowym graniem z poprzedniego R Plus Seven. Niechlujność, brzydota dźwięków tu zawartych, a jednocześnie pietystyczna dbałość o komplementarność i spójność, często skrajnie różnych, elementów jest często bardzo niepokojąca. Czym ma być hypergrunge, to pewnie tylko sam autor wie, ale w praktyce przekłada się to na to, co mogliśmy usłyszeć pod postacią dziwnego tworu, którym jest Kaoss Edge, fikcyjny zespół stworzony na potrzeby artystyczno-promocyjne tegorocznego dzieła Lopatina. Pokraczne artefakty, śmieci popkultury lat 90. pod postacią koślawych przygrywek gitarowych zmieszanych z agresywnymi, bzdurnie zdigitalizowanymi elektronicznymi dźwiękami. Sieczka sieczką, ale w pewien zagadkowy sposób jest to konkretny i przekonujący sposób na uporanie się ze specyficzną spuścizną tamtych czasów i młodzieńczych fascynacji autora. Można by się jeszcze długo nad tym rozwodzić, ale interpretacja tego elementu jest całkowicie otwarta i najlepiej będzie, jeśli każdy zainteresowany sam poświęci swój czas oraz zdrowie psychiczne i zanurzy się w stronie internetowej tego "zespołu". Elementu, bo to tylko jeden z fragmentów tej skomplikowanej układanki.

Dalej obecne są sedatywne, newage'owe elementy. Gdy wcześniej potrafiły niewczutego słuchacza uśpić czy znudzić, tutaj są wręcz niezbędne dla rehabilitacji mózgu po co bardziej szalonych momentach. Raz jest bardziej przekonująco ("Child Of Rage"), raz potrafi lekko zamulić ("Mutant Standard"), ale tak w to życiu bywa. Artefakty, o których już wspomniałem, niemal całkowicie straciły już swojego dostojnego, "kasetowego" ducha, którego miały na Replice. Ustąpił on cyfrowym bękartom i krzywym brzmieniom MIDI i nieważne, czy te narzędzia będą wykorzystane do siania zamętu ("SDFK"), czy jako element tła, przestrzeni ("ECCOJAMC1", ojciec vaporwave'u przecież), robią wrażenie i choć mogą denerwować swoją losowością i nieładem, ja odbieram je jako konieczne dla całej tej misternej konstrukcji.

Patrząc na otoczkę, a nawet słowa samego Lopatina, nie sposób uciec od jednego z wniosków – ta płyta w dużej mierze mówi o dorastaniu. Nie o wchodzeniu w dorosłość, a raczej o wychodzeniu z dzieciństwa. Hormony buzują, nastroje są skrajne, trzeba się jakoś określić, czego wynikiem jest tylko jeszcze większe zagubienie. Wszystko jest nieporadne, a z perspektywy czasu to wszystko wygląda jak jakaś gorzka parodia. Genialny teledysk do jeszcze genialniejszego "Sticky Drama" autorstwa Jona Rafmana, artysty już wcześniej pracującego nad wizualną stroną projektu, doskonale odwzorowuje ten stan. Groteskowy obraz dzieci uzbrojonych w śmieci, zabawki i inne Tamagotchi jest dokładnie tym o czym mówię. To, czy jest to obraz wspomnień, czy współczesności, nie ma znaczenia, bo pełni obie funkcje jednocześnie. Najbardziej katartycznym momentem jest jednak w moim odczuciu "Animals" – łamiąca serce ballada śpiewana przez komputer. Trudno mi dokładnie opisać, jakie emocje towarzyszą mi podczas słuchania tego utworu, ale wiem jedno – to uczucia, które pojawiają się tylko w kontakcie z czymś poważnie wielkim.

Zadziwiająca jest też niesamowita przystępność tego materiału. Pomimo jego wściekłej eksperymentalności i mimo notorycznie przewijającego się w tej muzyce motywowi cyfryzacji, odbieram tę wypowiedź jako niesamowicie humanistyczną. Tak, często to wszystko brzmi jak obraz ludzkości na podstawie archiwów 4chana i raczkujących stron internetowych z lat 90, ale odbieram to jak studiowanie ludzkiej natury przez kogoś, kto nie ma o niej żadnego pojęcia. (Postać Erzy, kosmity, który przeprowadza z Lopatinem wywiad, grubo.) Zaobserwowane są elementy, ale ich połączenia, skutki przyczynowo-skutkowe nie mają sensu. Garden Of Delete to frankenstein nieporozumień, głęboko patrzący w człowieka, momentami zupełnie niezrozumiały, ale szalenie intrygujący i poruszający. A przy okazji jedna z najlepszych płyt tego roku.

Antoni Barszczak    
26 listopada 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie