RECENZJE

Of Montreal
The Sunlandic Twins

2005, Polyvinyl 7.5

Był to mniej więcej 127 dzień protestu głodowego posła Zbigniewa Nowaka, gdy udało mi się ogarnąć The Sunlandic Twins. To coś nowego jeśli chodzi o Of Montreal, niech no przywołam na przykład biegunkę treściową Satanic Panic In The Attic czy też nieziemski bałagan Coquelicot Asleep In The Poppies: A Variety Of Whimsical Verse. Nieźle ilustrowałby je (Gay Parade w sumie też) gdzieś tam widziany rysunek: mąż, nie mogąc objąć mocno już utuczonej żony, musiał sobie kupić łapkę na patyku by stosownie przedłużyć zasięg kończyny. Ów wydatek przy okazji zamówienia Sunlandic nie jest potrzebny. Historyjka jest podwójnie użyteczna – jej banał można przyrównać do stylu Of Montreal. Zwłaszcza, jeśli się pominie teksty, zniewrażliwi i przede wszystkim zapomni o songwritingu tego kolesia o piszczącym wokalu, Barnesa.

Ale dobrze już, dobrze, ciii. Nic dziwnego, że Barnes spłodził płytę w pełni słuchalną. Ile może być Mcartneyów czy Yorke'ów w jednym dwuwieczu (nowe określenie na potrzebę tej recenzji)? A zbliżenie się do poziomu Satanic to byłby kroki w kierunku tych panów właśnie. Z drugiej strony piękny umysł Of Montreal skupia się od dwóch lat już nie na nieokiełznanym i nieobiektywnym wystrzeliwaniu każdej melodyjki, jaką mu zesłano, a na operowaniu formą, stworzeniu jakiejś ciekawej nowej jakości. Na Satanic nie musiał się za zbytnio wysilać w realizowaniu tego zamierzenia: postać tych kawałków przecież, ich "na przykład" melodii. Przy okazji nagrywania kolejnego albumu, z definicji mogącego się pochwalić mniejszym potencjałem, trzeba było już silniej wytężyć szare komórki. I wymyślić wymyślić wymyslić jakąś koncepcję na dodatkowe uatrakcyjnienie produktu.

Heh no i na tym polega w zasadzie moc Of Montreal, że dla nas, dla większości kosmosu to, co "wymyślić wymyślić wymyślić", dla Barnesa idzie mniej więcej tak: "Wymyślić? Oke". Myk i gotowe. Jak te nowe zupy, które reklamuje koleś, co ponoć wszystko (wszystko) ma w dupie. To, co miało miejsce między "wymyślić", a "oke" to, jak sam autor nazywa, "electro-avant-disco" oraz "electro-pop-opera" (pierwsza nazwa mniej myląca). The Sunlandic Twins odczarowuje te zwroty jako przepuszczenie disco lat 70-tych i 80-tych przez studyjną (mającą miejsce w studiu) wrażliwość ucha załogi Of, która to wrażliwość spłodziła dopieszczone i zarazem bardzo charakterystyczne produkcje wcześniejszych krążków załogi. Barnes zmierzył się zatem z fuzją niezbyt drogiego feelingu dyskotekowego rytmu z coraz bardziej beachboysowym cheer-upem własnego zespołu. Popatrzcie na ocenę i zgadnijcie, czy mu się to udało.

Konkrety. Weźmy trzeci na płycie "Wraith Pinned To The Mist And Other Games" (te tytuły, wiadomo). Bas we wstępie kołuje nisko nad głowami po to, by po chwili nadziać się na wybijany przez perkusję taneczny beat zwrotki. Dance, dance, zatańcz ze mną mój miły! A zatem wspomniany bas przepoczwarza się posłusznie w powtarzanie kilka razy tej samej, wysokiej jak na basisko, nuty (po której w te same obroty brana jest inna nuta). Trudno to nawet nazwać "zagrywką", w każdym razie ten – stary jak świat przecież – zabieg skutecznie przyprawia o głód jakiegoś spowolnionego parkietu. Ów jednoznaczny rytm zwrotki "Wraith..." siedzi w ławce z kolejnymi pogoniami za tym, co melodyjne i zaaranżowane zajebiście pogodnie, a i wszechstronnie.

Inny element dyskotekowości Sunlandic Twins to nie kiczowate użycie kiczowatych klawiszy z dziś najczęściej zapomnianych przebojów wspomnianych dekad. Nie odwoływałbym się tu do Maxa Tundry; Herr Max sięga do kiczu na ile starczy mu ręki, mastermind Of Montreal natomiast przeprowadza wszelakie gówniane dźwięki na swoją stronę, wpasowują się one jakoś w usłane różowymi fiołkami otoczenie. I dzięki temu stają się cool. "The Party's Crushing Us" składa się właśnie z takiej elektro-niespodzianki. A że Barnes znów tu szarżuje hookami i harmoniami siebie kilka razy powielonego, to tym bardziej nie da się poradzić nic a nic na zostawianie tego numeru na repeacie. I jakoś nie widzę końca tego procederu. Podobne reminiscencje Satanic niezwykle silnie odczuwa się również przy okazji singlowego "So Begins Our Alabee". W ogóle zerknijcie na klip – nieśmiało tańczący koleś (jest nim zresztą sam Barnes) wśród miliarda kolorów – to może być tylko teledysk Of Montreal.

The Sunlandic Twins to album w porównaniu do poprzednika ciemniejszy (pozdrawiam zespół Ciemna Strona Pomidora). Jakieś pomrukiwania z jaskini, jakieś liczne jak zawsze, a przecudaczne jak nigdy harmonie wokali. No i wykorzystywane tu electro do najsłoneczniejszych nie należy, tym bardziej jeśli opowiada na przykład o lecie spędzonym w Norwegii ("Oslo In The Summertime"). Również lirycznie to już nie do końca "Baby your magic is working" (he), ten temat tak często i precyzyjnie poruszany już nie jest. Co nie znaczy, że Barnes stracił coś ze swojej wyobraźni ("I was a landcape nn your dream”) czy też silnego poczucia odrębności ("Let's pretend we don't exist" czy też "Howgh howgh howgh!").

Of Montreal zmiennym jest, stąd pewnie żaden z podstawowych wyróżników płyty, poza zajebiście wysokim poziomem, nie jest realizowany od deski do deski z równym natężeniem. I tak na przykład opener z densidłem ma tyle wspólnego co jogurt, z kolei ni cienia cienia w takim "Forecast Fascist Future" się nie doszukasz. Wspólny mianownik wszystkich fragmentów krążka to wyczuwalna na kilometr, pędząca dziko naprzód Of Montrealowość. Daję słowo, że chciałbym tak śmigać przez życie jak te piosenki – lekko, niespodziewanie i orzeźwiająco. Tym bardziej, że definicja wspomnianego współczynnika została właśnie wzbogacona przez celne wizje kolesia, którego nazwisko wymieniłem w tej recenzji już chyba z milion razy. Skądinąd słusznie, bo kandydatów do beatyfikowaniaia przez redaktora Zakrockiego za kreatywność coraz mniej, trzeba więc promować tych, którzy są. Za parę lat z braku laku będziemy pisać po raz drugi o tych samych płytach, zdaję się. W każdym razie The Sunlandic Twins będzie jedną z nich.

Jędrzej Michalak    
3 czerwca 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie