RECENZJE

Of Montreal
Paralytic Stalks

2012, Polyvinyl 5.6

Pompowana przed premierą bańka nie pękła, bo Kevin Barnes już dawno dmucha je w zaciszu własnego loftu i utrwala w kilogramach brokatu; nowy album Of Montreal jest więc kolejną zastygłą w formie proporcjonalnej bombki choinkowej ''koniecznością'' zespołu, która na tym etapie już bardziej obchodzi samych twórców niż jakąkolwiek publikę. A tym razem, po raz kolejny, miało być zupełnie inaczej: Barnes w niedawnych wywiadach w niejednoznacznych, półszeptanych wypowiedziach sugerował pokrewieństwo nowego materiału bandu z XX-wieczną tradycją muzyki poważnej, jednocześnie przekonując, że zachowa on ten ''klasyczny'' indieglamowy sound kojarzony nierozłącznie z zespołem od wiadomo czego.

Pierwsze, co przychodzi na myśl po początkowych sesjach z Paralytic Stalks to zaskakująco czytelna struktura albumu: mamy tu bowiem do czynienia niemal z idealnie symetrycznym podziałem na część ''gitarowo-popową'' i ''eksperymentalno-elektroniczną''. Pierwsza z nich to transkrypcja stylistyki Of Montreal u szczytu chwały, ewokująca barokową koktajlizację punkowej wrażliwości nadekspresywnych młodzieńców o niedookreślonej orientacji seksualnej (''Spiteful Intervention'', ''Dour Percentage''), druga to muzyczna wypowiedź owych młodzieńców po kilku kreskach białego pudru (''Exorcismic Breeding Knife''). Smyczki, chórki i ekstrawertyczne teksty Barnesa wpadają tutaj w pole siłowe krzywizny zgrzytu, poharatania, deregulacji i dekompozycji, rozczłonkowania i ogólnego rozpaćkania zawsze wcześniej stabilnie półpłynnej dźwiękowej lemoniady (''napój dla wątłych dusz!'').

Nie jest to jednak Low Bowiego, a w najlepszym wypadku (wybaczcie skojarzenie) Congratulations MGMT. Już przynudzające False Priest mogło podobać się bardziej, głównie dzięki pierwiastkom funkowym. Z kolei Paralytic Stalks sprawia wrażenie na szybciora nagranej sesji demo, przeradzającej się w niekoherentny, przydługi narkotykowy twee-jam. Narzekam trochę przesadnie, bo to wcale nie jest zła płyta – jak na szesnaste (wliczając EP-ki) wydawnictwo zespołu wręcz zaskakująco sprawna. Problem polega na tym, że dla ekipy Barnesa jest to już początek ślepej uliczki. Powracając ostatnio do Satanic Panic In The Attic zdałem sobie sprawę, jak stylistyczna hermetyzacja zaszkodziła Of Montreal. Pozbawiła ona zespół komunikacji z tym, co dzieje się dzisiaj w muzyce i zepchnęła go do defensywy; na pozycje manierycznych atrakcji cyrkowych, których wyrzekają się już dzisiaj nawet najzagorzalsi indiecentryści. Paralytic Stalks jest momentem granicznym i prawdopodobnie stanie się najczęściej skipowaną we wszelakich podsumowaniach płytą roku.

Jakub Wencel    
18 lutego 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy