RECENZJE

Ocean Colour Scene
North Atlantic Drift

2003, Sanctuary 3.1

Mam dość, nie mogę. Zostałem pokonany przez Ocean Colour Scene – ich stuprocentowa nieoryginalność zgładziła mnie, nie jestem w stanie napisać choćby odrobinę ciekawej recenzji North Atlantic Drift. Relacjonowanie tak jałowej muzyki z góry skazane jest na porażkę, można je porównać do opisywania krajobrazu pustyni. Kilka słów i wszystko wiadomo! Nieustannie króluje jeden wątek, który nie pociąga za sobą kolejnych. Śmiem twierdzić, że ten album nie zasługuje w ogóle na żadną recenzję, nawet najpodlejszą. Dlatego jego opis skrócę do jednego akapitu. Szósty album Brytyjczyków to czterdzieści cztery minuty nudnych mainstreamowych rzygów, stworzonych w wyniku skrzyżowania przestrzennego stylu produkcji Doves z kiczowatym patosem Chrisa De Burgha. W powstałą maź unurzano nieco brzmienia Kula Shaker, nie oszczędzono również gitar Charlatans UK. Końcowy efekt odrzuca, razi wręcz swą obrzydliwością. Ocena powyżej trzech za odpychający badziew to zasługa jedynie wcale niezłych kompozycji, mieszczących się może jakieś pół centymetra powyżej przeciętnej. Wiadomo, od czasu do czasu trzeba posłuchać kiepskiego krążka: sesje z takowym zwiększają moc miłych doznań przy rzeczach wartościowszych. Z North Atlantic Drift spędziłem w sumie niemal jedną trzecią doby i uwierzcie mi: po takiej dawce nawet w Reveal zanurzę się z uczuciem ulgi. Wcześniej muszę jednak wykonać pewną czynność.

Jędrzej Michalak    
12 sierpnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja