RECENZJE
Obey City

Obey City
Merlot Sounds (EP)

2015, LuckyMe 7.4

Sam Obey nigdy nie ukrywał swego uwielbienia dla R&B z lat 80. Przedstawiona przez niego dwa lata temu na Champagne Sounds intrygująca wizja przyszłości muzyki była wyraźnie zakorzeniona w tradycji. Spod futurystycznych brzmień, charakterystycznych dla kolegów Brooklyńczyka z labelu LuckyMe, takich jak Rustie czy Hudson Mohawke, wyłaniała się dodatkowa warstwa, poprzez którą Obey komunikował chęć do zdobywania parkietów nie tylko za pomocą dudniącego basu i atakujących z każdej strony bębnów. Tytułowy trunek symbolizował wystawną, lecz nieograniczoną do hedonizmu imprezę, taką gdzie jednoznacznie zadeklarowana nowoczesność połączona jest z klasyczną wykwintnością.

Wykorzystanie w tytule nowej EP-ki nazwy odmiany wina może sugerować inny rodzaj dźwiękowej uroczystości. Producent postanowił mianowicie jeszcze bardziej wyeksponować piosenkowy element swojej twórczości, dając dobitny dowód songwriterskiego kunsztu. W otwierającym Merlot Sounds "With Grace We Go" tworzy eteryczny muzyczny pejzaż, budując następnie na błogo płynącej melodii perkusyjne tamy, podobnie jak uczynił to, remiksując "After Gardens" Jensen Sportag. Trudno ten proces traktować jednak jako deformację – jest to część spójnego odzwierciedlenia wrażliwości muzyka, w której ekstaza nieprzerwanie przeplata się z subtelnością. Singlowy "Waterbed" rzuca wyzwanie najbardziej prominentnym postaciom współczesnego R&B. Obey poskramia produkcyjne zapędy, by nie przytłaczać, a uwypuklać głos Anthony’ego Flammii, co przynosi efekt w postaci refrenu, którego lekkość budzi pewnie zazdrość Franka Oceana czy Miguela. Fani nieokiełzanych sztosów spod znaku Obey City też nie powinni być rozczarowani, bo "The Motion Blurs" wchłania bogactwo najlepszego z wydawnictw Matta Cutlera, a Samuel w charakterystycznym dla siebie stylu cierpliwie pozwala rozwinąć się motywom, stosownie stopniując napięcie. Tej cierpliwości niestety brakuje przedostatniemu "Cloud Lust", który błyszczałby na masie krążków, ale w tym przypadku nie satysfakcjonuje w pełni, bezskutecznie szukając przez trzy minuty punktu kulminacyjnego. Wydaje mi się, że, tak jak na Champagne Sounds, przed closerem najlepiej sprawdziłyby się gwałtowne wyładowania właściwe dla jednego z highlightów katalogu Obey City, czyli "Cyber Stream". Szczególnie, że w przypadku Merlot Sounds stworzyłoby to wyraźny i intrygujący kontrast, jako że zamykający go "Airy" to kompozycja na tle reszty płyty unikatowa. Sam powiedział kiedyś w wywiadzie, że jego marzeniem byłoby wcielenie się w rolę producenta tworzącego dla innego muzyka album R&B. Nie widzę powodu, dla którego nie mogłaby to być użyczająca swojego głosu w closerze Kelela, bo ich dotychczasowa współpraca (oprócz "Airy" można do niej zaliczyć świetny remix "Send Me Out") przynosi wyborne rezultaty. Od najnowszego z nich bije niesłychana chemia. Oszałamiający głos Mizanekristos prowadzi nas poprzez rozmytą melodię, by w końcu stać się częścią synergii refrenu. Nie czuć żadnej walki o zawłaszczenie kawałka – Obey nie popisuje się, pozwalając w pełni docenić subtelności delikatnie rozbudowywanej instrumentacji, a Kelela nie potrzebuje wokalnych wygibasów, by kompletnie zahipnotyzować słuchacza.

Mimo że żadnej informacji na ten temat nie udało mi się znaleźć, to można spodziewać się, że następnym krążkiem wydanym przez Obey City będzie już longplay. Oczywiście głównym powodem, dla którego będziemy na niego czekać, jest jakość dotychczas stworzonego przez Sama materiału. Ale istotna jest też mnogość ścieżek, jakie się przed nim otwierają. Niezależnie od tego, czy suwak w maszynie do dawkowania bodźców przesunie w kierunku oznaczenia "MAX", czy też postawi na minimalizm, ani od tego, czy zdecyduje się na ballady R&B, czy futurystyczne i intensywne wymiatacze, to wiem, że warto będzie śledzić jego dalszy rozwój.

Piotr Ejsmont    
12 marca 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie