RECENZJE

Oasis
Don't Believe The Truth

2005, BMG 5.9

Dlaczego, jakby mógłby to powiedzieć Boris, "chce mi się" tyle (i w ogóle) pisać o nowej płycie Oasis? To oczywiście głównie efekt szumu, jaki się wokół niej wytworzył. Włączasz radio, a tam msza ofiarowana Don't Believe The Truth; sięgasz po pilota, a w telewizji ktoś przed braćmi Gallagherami kładzie się plackiem i nie śmie spojrzeć w górę. Gazeta nie pozostaje ratunkiem, kolejny rozentuzjazmowany bowiem burzy w artykule świątynię by wybudować nową – for Liam and Noel. Jak stali bywalcy Porcys się domyślają, do tego całego zgiełku podszedłem w sposób taki: hehe. Co wierniejsi antyporcysjoniści (internetowy antyporcysjonizm to podobno jeden z filarów homingu, który już pół roku temu wyparł clubbing) pewnie już szykowali myszki i klawiatury by zmiażdżyć mię za zakompleksienie, brak wiedzy i problemy żołądkowe (patrz dział listy sprzed dwóch lat). Kuci kuci ku, bo nowe Oasis mi się całkiem podoba. Acz nie wszystko stracone, do wspomnianego hype'u podchodzę dalej tak samo. Don't Believe The Truth pokazuje, że sposób myślenia o muzyce braci nie zmienił się ani na jotę. Łona by to nazwał "nieruchomością umysłu".

Czemu tak się czepiam stałości Oasis? Ano gdyby dziś Noel Gallagher ponownie oszołomiony natchnieniem napisał jedenaście kawałków-wymiataczy, a zespół zrobiłby z nich coś na modłę Definetely Maybe, to to, co by powstało, albumem równie zajebistym jak wspomniany by na pewno nie było. Już dekadę temu z hakiem Oasis bardziej przypominali o czymś, niż tworzyli podwaliny, podkładali kamień węgielny etc. Nawet jeśli by się zgodzić, że próba odświeżenia brytyjskiej inwazji sprawdziła się w szerszym wymiarze, to formuły tej mogło starczyć i starczyło tylko (i aż) na dwa świeże albumy.

Jakieś przymiarki do planu Hausnera były jeszcze na Standing On The Shoulder Of Giants (o tym zresztą pisaliśmy w stosownej recenzji). Na przymiarkach się skończyło, Oasis szybko cofnęli się w miejsce, w którym nie licząc tej krótkiej przerwy, drepczą uporczywie od jedenastu lat. A co na to lud? Nie tylko w Anglii, ale i u nas wielu jest zwolenników butnego image'u Stone Roses, lubiących śledzić jak ich idol piknie pozbywa się przednich zębów na bijatyce w pubie, a w wywiadach profanuje Wielkich, porównując się do nich. Oni cenią grupę za konsekwencję. Z kolei brytyjskie media pamiętając, że Definetely Maybe był najlepiej sprzedającym się debiutem w historii UK, z chęcią pompują hype wokół "kontrowersyjnego" bandu, gdy tylko ci znów nagrywają album lepszy niż fatalny czy średni. A zresztą nie wiem, może tam się naprawdę tak doznaje przy Don't Believe The Truth? Jeśli już, to głównie z sentymentu. Albowiem ci obojętnie przeglądający nagłówki "NME", ci nie oceniający płyt Oasis przez pryzmat ich posunięć marketingowych powiedzą wam szczerze, że nowy krążek Brytyjczyków jest bardzo fajny. Wobec peanów, wjeżdżania z woskowymi figurami Gallagherów (po raz setny) do symbolicznej galerii gwiazd rocka, mogą się natomiast najwyżej uśmiechnąć.

Spróbujmy może coś konkretnego powiedzieć o bezpośredniej przyczynie tego całego zamieszania. Wjeżdżają na stół z "Turn Up The Sun” – z czysto brytyjską melancholią wstępu dosyć szybko rozprawia się symbioza riffu i smyków, wspólnie czyniących z openera kawałek groźny, niepokojący. Jak to zwykle jest, gdy melodia dobra a na wokalu nie męczy się jakiś polski rockandrollowiec, c'est beau. Kolejne "Mucky Fingers" nie wywołuje emocji zbyt natarczywie wbijanym do głowy rytmem. Singlowa "Lyla" swój na chama prostacki refren ma strasznie z dupy, mówiąc złagodzonym Urbanem, ale do zwrotki zastrzeżeń nie mam, jak dla mnie Liam brzmi tu przekonująco jak mu się nie zdarzyło od What's The Story (Morning Glory). No i tak właśnie się tego słucha: będący w przewadze, bardzo udany, wręcz odrodzony symetryczny songwriting przeplata się niekiedy z czymś chybionym – takim jak jadącym szantami "The Importance Of Being Idle" czy też z na siłę epickim hidden-trackiem "I Can See It Now". Nie zmienia to faktu, że częścią tracklisty można uzupełnić listę ulubionych utworów Oasis. Dla przykładu: nadlatujące w napisanym przez basistę Andy'ego Bella "Keep The Dream Alive" melancholijne hooki na klasycznym debiucie bandu zmieściłyby się swobodnie. "A Bell Will Ring" udanie odtwarza feeling takiego "Hello", a "Let There Be Love" snadnie przywołuje ładną (i tu nie ma ironii) naiwność "Married With Children".

Dalszy opis albumu nie ma sensu; wszyscy dokładnie wiedzą, czego spodziewać się po dobrych piosenkach Oasis. Punkt dla mnie, że nie muszę więcej pisać, a minus dla zespołu. Kaman, czas leci, jeśli ktoś tego jeszcze nie zauważył. Taka płyta mogłaby wymiatać dekadę temu, wówczas pewnie byłaby świeża. A tak, Gallegherowie wrócili nią znikąd (heh bo jak tu nazwać sromotną Heathen Chemistry?) i niewiele ponadto. Bez odważnych posunięć nowe piosenki Oasis pozostaną lepszym lub gorszym, ale tym samym, czym są hen od 1994 roku.

Jędrzej Michalak    
6 września 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie