RECENZJE

Noname
Room 25

2018, self-released 7.3

Im jesteś starszy, tym bardziej zaczynasz dostrzegać świat dookoła, może nawet wyglądać nieco zza swojego egocentrycznego dołka. Niektórzy cieszą się tą przypadłością po trzydziestce, kiedy zauważa się te pierwsze siwe włosy, a stawy w kolanach jakoś częściej strzelają niż kiedyś. Inni, tak jak Fatimah Warner, potrafią to zjawisko barwnie ubrać w poezję rymowaną, zdobywać nowych odbiorców, i nie tracąc przy tym autentyczności. Co prawda mógłbym w tej chwili strzelić tekstem, że artystka powoli przestaje być aż takim "nołnejmem", ale wiecie, może to sobie sami dopowiedzcie.

Choć raperka jest o oczko wyżej, jeśli chodzi o status społeczny i pojemność sal koncertowych, jej nowe dzieło nie traci na intymności. Fatimah Warner rapuje, jakby pochylała się nad tobą i zwracała się prosto do ciebie. Na Room 25, jej debiutanckim albumie (prawie kultowy już Telefone z 2016 r. to był mixtape, a nie album, tak gwoli ścisłości), artystka przeskakuje między introspekcyjną samooceną a krytycznym spojrzeniem z zewnątrz, przywiązując do obu równą wagę. Rozkłada na czynniki pierwsze problemy nękające społeczeństwo, analizując przy tym szeroki zakres tematów, jak miłość, akceptacja, czy próbę przetrwania w Ameryce A.D. 2018. Podobnie jak Kendrick Lamar czy Nas, obserwuje świat przez okno i rozpatruje je w autorski sposób, z odpowiednim dystansem. Rozładowywuje wszystkie swoje uczucia za pomocą intrygującego, aksamitnego flow, od którego miękną serca, lecz nei wyklucza to pokazania swoich umiejętności w utworach o poważniejszej tematyce ("Blaxploitation", "Prayer Song").

Albumowy opener "Self" jest miłym ukłonem w stronę neo-soulu i fałszywą bezpieczną przystanią dla słuchaczy. "Maybe this the album you listen to in your car when you driving home late at night" jest później zbite przez: "Nah, this is actually for me". A w międzyczasie artystka zdąży ponaśmiewać się ze wszystkich hejterów i wątpiących, głosząc: "Y'all really thought a bitch couldn't rap huh?".

Noname najlepiej wychodzi kwestionowanie otaczającego jej świata. Na szybkim i intensywnym "Blaxploitation" raperka nawijając strumieniem świadomości, znajduje multum tematów: od fast foodów, po gentryfikację, LGBT, czy problemy mniejszości etnicznych. Monotematyczność na pewno jej nie doskwiera. Taki "Prayer Song" to mroczny lament o amerykańskich tragediach, obsesji na punkcie sztucznego piękna, materializmu oraz skutków niewolnictwa. Im dalej w głąb, tym większy chill (przynajmniej instrumentalnie), a bujający groove cały czas pozostaje. Całość ma niezwykle przyjacielską i zachęcającą aurę. Wszystkie utwory zostały stworzone z jej kumplami i ziomkami, i to naprawdę słychać. Szczególnie zapada w pamięć "Ace", na którym genialny Saba jakoś zapomina o potrzebie brania oddechu (skoro już o nim wspomniałem, to naprawdę warto dać szansę Care For Me, jego płytce sprzed paru miesięcy).

Room 25 podkreśla twórczą i osobistą niezależność Noname i pozwala zagłębić się w jej zmaganiach z rosnącą sławą w nowym mieście (obecnie mieszka w L.A.). Raperka z Chicago chce przynależeć do nowego środowiska, lecz jest świadoma swoich korzeni oraz tego, że cała jej obecna przygoda może rozpłynąć się w jednej chwili. A jej teksty w nieco terapeutyczny sposób mają na celu egzorcyzmować ten niepokój.

Środowisko chicagowskie stworzone wokół postaci Chance the Rappera to niemalże współczesni Soulquarians, a zarazem muzyczni Avengersi. Mick Jenkins zada agresywny cios, Jamila Woods zahipnotyzuje i ukoi głosem, Saba zachwyci techniką i precyzją, Nico Segal przygra na swojej trąbce, a sam Chance przypomni ci, abyś dzień święty święcił i kochał swoją babcię. Sama Noname może i nie jest Tonym Starkiem, ale zdaje się być tą najlepiej strzeżoną bronią i uduchowionym sanktuarium dla tych, którzy szukają ucieczki od surowego brzmienia mainstreamowego mumble rapu.

Adam Kiepuszewski    
9 października 2018
BIEŻĄCE
ObjektCocoon Crush
1975A Brief Inquiry Into Online Relationships