RECENZJE

Non-Prophets
Hope

2003, Lex 6.7

Pochodzący z Rhode Island kabalistyczny, freakujący Sage Francis jest przeciwieństwem stereotypu współczesnego rappera i to głównie chciałem wypunktować w swojej publikowanej ponad rok temu recuni jego solowego debiutu, wymiatającej spowiedzi Personal Journals. Płyta, wprawdzie nacechowana intensywną osobowością twórcy, była przede wszystkim niesamowicie mocna od strony muzycznej. Gdy zaś mówię "strona muzyczna", nie odnoszę się do standardowego podziału na "flow" i "beat" w hip-hopie. Francisa, równolegle frontmana grupy AOI, w istocie interesuje "muzyka", a nie "podkłady". Posłuchajcie "Message Sent", "Broken Wings" lub "The Strange Famous Mullet Remover". Nie o to chodzi, że te numery miały dobre podkłady. To były zajebiste, hojnie udźwiękowione i zajmująco rozprowadzone utwory, gdzie zaangażowana emocjonalnie nawijka Sage'a ustalała hip-hopowy status. "Black Sweatshirt" bez rytmicznej gadki uszłoby za instrumentala Nightmares On Wax. Szeroki wybór kilkunastu producentów przyniósł zdywersyfikowane oblicze stylistyczne, od smutnego lo-fi przez ol-skool po funky jazz.

Joe Beats, bliski współpracownik Francisa od lat, realizował tam zamykające całość, poetyckie, melancholijne "Runaways". Sunąca jak "fortepianowa ballada z duszą i smykami", ta reminiscencja zaprzepaszczonych dni w niczym nie zapowiadała brzmienia następnej kolaboracji duetu Non-Prophets, w którym Beats odpowiada za oprawę tekstów Sage'a. Poprzedzone paroma singlami pierwsze regularne dokonanie Non-Prophets Hope to znacznie mniej bogata, uboższa zwłaszcza w barwy propozycja. Za to zwarta, skoncentrowana, skonkretyzowana. Bity są naprawdę "bitami" i ich repetytywność dla ucha zauroczonego malarskością Personal Journals pogrywa drażniąco, nawet sporadycznie denerwująco. Ale w żadnym momencie trwania Hope nie nudzi. Wręcz odwrotnie: gęstość faktur przyciska do ziemi, formalna składność przytłacza i imponuje. No i bez przesadyzmu, Sage nakręca wcale przyswajalnie, bo ma on rzadkie wśród kolegów wyczucie tonu, co na Personal Journals było widać wprost, ale tu nadal przewija się jako wyróżnik.

Panowie startują od tajemniczego intra z mrożącą księżycową wibracją i podniosłym monologiem para-religijnym przechodzącym płynnie w firmową skreczową zajawkę prezentującą skład: "Ladies and gentlemen... Non-Prophets... Hi, I'm Joe Beats… This is Sage Francis". Już przy "Any Port" wkraczamy w krainę chwackich, zagrzanych wątków i wyczesanych opowiastek. Podróżniczy, zafrasowany motyw kapitalnie współgra z indosującą, godną zaufania i respektu przemówką. Natomiast klasa tandemu polega też na tym, jak doskonale się rozumieją bez słów i jak Francis wtapia się w taflę bitu który sporządzi Joe. Takich trzech jak ich dwóch to hip-hop nie miał ani jednego od czasu De La Soul. Może eksadżeratuję, lecz wniknijcie w intrygujące, instynktowne pod-napięcie wybijającego się z zestawu "Spaceman". Elektryczne pianino plumka jak rozhuśtany przekaz alfabetem Morse'a. Głos Francisa kursuje pomiędzy, zwinnie i symbiotycznie. Gwarantuję, iż osobliwe "they like me now" zapadnie na dłużej. Drugi piękniś to kojące easy-listening outro, gdzie po kilku sekundach pauzy ukryto track bonusowy. Ten również operuje jazzowym, na kawiarniany sposób, samplem i kontrastującymi wstawkami rytmicznymi. Mistrzowsko.

Teraz tak: spece najprawdopodobniej was omamią, że Hope przebija z łatwością Personal Journals. To nie do końca prawda. Ustalmy, że Hope jest płytą stricte hip-hopową. W tym kontekście określanie Francisa mianem rapowego odpowiednika "emo-core" mija się trochę z celem. Journals jawiło się eksperymentem na formule. Pamiętnikowy, rozczulony styl fabularny Francisa upoważniał do takich paralel. Obecnie gość udowadnia że jest "twardy". Więc z punktu widzenia szarpidruta, ehm, wygrywa solowy Sage. Ponadto, są irytujące elementy. Namolne "So what you want, Sage?" i spellowanie nazwy projektu we "Fresh" na szczęście kolesie równoważą jakże radosnym dla miłośników Beastie Boys cytatem z Paul's Boutique, nieznacznie nadgryzionym pod koniec: "I'm a writer / A poet / A genius / I know it / I don't buy chiba / Oh my wit". Ale chwilę później "Mainstream 307" nawiedza zbyt komercyjny duch. Numer dalej skit "A Mill" nie trafia do mnie jak do hipsterów. Dla mnie to zbędny przerywnik, jeśli i dowcipny. Dobre skity to Outkast ma nieraz. A na poważnie, to wypełniacz czai się niepostrzeżenie za rogiem: "New Word Order", "Damage", "Disasters", "The Cure". Męczące. Wciąż, jako transowa, rasowa gatunkowo jazda, Hope spisuje się na medal. Także znów Sage pokazał. Proste.

Borys Dejnarowicz    
29 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja