RECENZJE

No Age
Everything In Between

2010, Sub Pop 6.2

BD: Kiedy 2-3 lata temu duet No Age wbił się przebojem na scenę nu-indie i zawładnął umysłami hajperów, czułem się zażenowany. No spoko, niezłe brzdąkanie, ale przecież każdych dwóch kolesi na świecie mogłoby wymyślić te kawałki, a brzmieniowo też niewiele ponad recykling 90s. Nuda. I już myślałem, że to kolejna formacja-wydmuszka, do odstrzału. A tu zaskoczenie: "panowie chyba przemyśleli sprawę" (pozdro Grek) i wzięli się za hooki. Stąd też, mimo, że od dawna nie gustuję w takich dźwiękach, to doceniam rozwój kapelki i nawet z tej okazji wróciłem sobie, po raz pierwszy od ho ho ho, do Daydream Nation. I gdyby nie bagaż mitologii oraz fanbase'u z którym mi średnio po drodze, to całkiem bym się zachwycił. KONIEC. Albo nie, zaraz, coś jeszcze chciałem? A, że chwilami to wykapane JSF z Fantastic Area (na przykład "Fever Dreaming" = "Memorial Day", tylko że gorsze). I tu niesprawiedliwość dziejowa: JSF zostali olani przez krytykę ciepłym moczem, a o No Age się rozprawia w kontekście "rewelacji" i "wyznaczania nowych nurtów w muzyce niezależnej". Pfff? Rewelacja i nowe nurty my ass.

JB: Jak daleko może posunąć się recenzencki subiektywizm? Pytanie to wisi zapamiętale nad moją ćwiartką No Age, kreśląc wizję moszczącego się wygodnie poznawczego sceptycyzmu, którego, przedłużające się w nieskończoność, wizyty kończą się, wcale nie terapeutycznymi, seansami z kacem moralnym. Bądźmy obiektywni! Są z Ameryki, mają gitarę i perkusję. Bądźmy poważni! Opiniotwórczy portal Pitchfork oraz niejaki Greenwood - też nie ułomek, prześcigają się w komplementach. Bądźmy precyzyjni! Flagowy band nu-indie porzucił dopalacze i zaczął pisać piosenki. Bądźmy zabawni! "No Age No Fun", trawestując. Nade wszystko jednak: hejtujmy!

ŁK: Srejtujmy. "Ja w ogóle nie słucham takiej muzyki", czyli opatentowany sposób Borysa polecania gitarowych płyt, już mamy za sobą. Zatem bez podchodów powiedzmy sobie, że Everything In Between to świetna płyta. No Age nie wyszli szczególnie poza wcześniej prezentowany styl, nie poszerzyli wyraźnie zestawu swoich narzędzi i palety środków wyrazu. Po prostu poczynili niebywały postęp w korzystaniu z tego, co zawsze mieli. Powierzchnie przeszywającego hałasu nie mają za zadanie już niczego maskować, są integralnymi partiami kompozycji. Niemal wszystko jest pod kontrolą duetu, każde sprzężenie ma swoją rolę. Dzięki większej samokontroli zespołu możemy usłyszeć, że Dean Spunt z głosu przypomina nieco Billy'ego Corgana, że "Depletion" czy "Shred And Transcend" to trochę Dinosaur Jr. Nowością jest fakt, że No Age potrafią nagrywać bardzo ładną muzykę – patrz: nieoczekiwane ambienty "Katerpillar" i "Positive Amputation". W "Glitter" idealnie wyważyli proporcję piękna i destrukcji i rezultat jest wręcz wspaniały.

KFB: No Age jak to No Age – w ani jednej piosence na tym albumie nie wymyślają prochu, ale z drugiej strony przecież nikt o zdrowych zmysłach nie mógł na to liczyć. Najważniejsze, że ewidentnie słychać w ich graniu postęp na gruncie kompozycyjnym, który prawdopodobnie można powiązać z naturalnie rozszerzającymi się zainteresowaniami muzycznymi albo po prostu ze zdobytym przez duet doświadczeniem. Jednak zabawy formą zabawami z formą – ewenementem sporego kalibru jest to, że po raz pierwszy w tak dużym (czytaj – mocno szóstkowym) stopniu udało im się nie przesadzić i postawić na konkret, dlatego też brak na Everything In Between ewidentnie słabych punktów. I to podoba mi się najbardziej, chociaż ja nigdy specjalnie nie rozumiałem jechania No Age za to, że przypadkiem polubił ich Pitchfork. Już na wcześniejszych albumach tej dwójki zdarzały się fajne momenty, ale takiej masakry w pigułce jak "Glitter" chyba jeszcze nie mieli. Płyta jak płyta (fajna), ale ten kawałek od kilku dni nie daje mi spokoju – hałaśliwy rozpierdol ftw!

Jan Błaszczak     Łukasz Konatowicz     Kacper Bartosiak     Borys Dejnarowicz    
11 października 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja