RECENZJE

Nine Inch Nails
With Teeth

2005, I Nothing 1.3

To będzie negatywna recenzja, i ktoś zaprotestuje pewnie nawet, że niepotrzebna, ale myślę, że okazja nadarza się znakomita, by objaśnić przyczyny częstych nieporozumień wynikających z naszych sądów na temat płyt. Otóż znaczna część krytykowanej przez nas muzyki jest po prostu słaba artystycznie – nie realizująca założonego konceptu, mało odkrywcza stylistycznie i formalnie, kulejąca kompozytorsko. Ale istnieje wąska grupa wykonawców, którzy tworzą coś absolutnie swojego, absolutnie udanie rozwijając własne zamysły i produkując przy okazji sporo solidnej materiałowo muzyki. I wciąż dostają im się bęcki. Dlaczego? Są bowiem tacy mistrzowie w świecie rocka, którzy dysponują wrażliwością na bardzo niskim poziomie i umieją spieprzyć estetycznie każdy element misternie zaplanowanej układanki. Trent Reznor, mastermind NIN, to jedna z takich sztandarowych postaci.

Popatrz tylko. Trent jako jedyny jeszcze coś daje zagubionym. Corgan odnalazł boga. Nagrał optymistyczną plytę Zwan. Z resztą zawsze mu brakowało. Dość wesoły chłopak to był. A na Trencie można polegać! Ma mroczną duszę jak ja i ty. I jak on dopracowuje te płyty! Industrialowy Brian Wilson przecież. A biorąc pod uwagę liczne uzdolnienia, to i Prince. Jego muzyka otwiera wielkie czarne dziury w twoim pokoju. Stawia przed tobą lustro i każe stanąć przed osobistymi demonami.

Gość pełni rolę anty-Midasa – wszystko czego się dotknie, obraca się w syf. Chcecie ostrych, masakrujących, metalowych gitar? Otrzymacie je w najgorszej dostępnej postaci. A może trochę ambientowych teł z keyboardu? Nigdy wcześniej i później nie brzmiały równie płytko, nawet na albumach gotyckich królów. How about some elektronicznie wygenerowane bity w roli podstawy rytmicznej? Cóż, uhm, DFA he ain't. Zaraz, ktoś prosi o szepczące, skradające się melodeklamacje przechodzące (nie)spodziewanie w ryk? To powinien poszukać gdzie indziej, o ile nie zamierza ryzykować całodniowego wkurwienia. And so on, and so on. W tej sytuacji fakt, że opener With Teeth, "All The Love In The World" – przypuszczalnie jedna z najlepszych rzeczy jakie Reznor kiedykolwiek sygnował – ma interesującą melodię przepada w kałuży obskurnych aranżacji. Aha, plus jeszcze, koleżka dosłownie "zaprojektował" Marylina Mansona. Potrzebuję mówić więcej?

"I wear this crown of shit" – tekst wszechczasów.

Ach racja, są jeszcze teksty. Osobiście w zdecydowanej większości nie przywiązuję specjalnej wagi do tekstów – i sądzę, że to muzyka je uwiarygadnia – ale gdy są inwazyjnie złe, można dostać cholery. Moim faworytem na With Teeth jest "There is no fucking YOU / There is only ME". Spuśćmy zasłonę milczenia lepiej.

With Teeth pewnie nabiera wartości kiedy uprawiasz do niej s&m seks z lezbijskim wampirem. Przyda się też kiedy twoja dominatrix znów przywiąże cię do kaloryfera...

I tu jest pies pogrzebany (cóż za akuratna do przedmiotu konstrukcja). W sensie, jak można w ogóle traktować serio te "dopracowane w szczegółach" krążki autorstwa "perfekcjonisty" Reznora? Po co mieć je na półce? Spójrzmy. Pretty Hate Machine było "industrialnym" (osobna dyskusja to definicja nurtu którym często wątpliwie etykietowano Nails) debiutem na bazie klawiszowo-gitarowej, z przewagą elektroniki. Downward Spiral było "industrialnym" sofomorem na bazie klawiszowo-gitarowej z przewagą gitar. The Fragile było natomiast podwójnym trzecim longplayem, którego nikt nigdy nie przesłuchał w całości, stąd każda recka tego dziełka jest niekompetentna. W sumie nic dziwnego – kto by wytrzymał ponad 100 minut regularnej męczarni. I nic nowego tam naturalnie nie było. With Teeth = wszystkie płyty NIN w jednej. Bez jednego nowego pierwiastka. Na etapie With Teeth, podczas pisania tej recenzji, zorientowałem się, że nie robi mi żadnej różnicy jakiego dokonania NIN słucham – wszystkie brzmią tak samo. Ostatecznie, żeby orientować się co gra NIN, wystarczy znać więc jedną płytę. A skoro każdy kawałek prezentuje się identycznie, wystarczy usłyszeć jeden track. That's all you need from NIN. Ta puenta wyczerpuje wątek.

E tam co ty wiesz o NIN. Nie odczuwałeś nigdy BÓLU. Nie spijałeś swojej krwi z pociętych żył w mroku sypialni. I nie próbowałeś połączyć The Wall z Closer.

W tym miejscu konieczne jest objaśnienie i sprostowanie, dotyczące także innych "zjebek" z naszego archiwum. Ludzie często zarzucają nam gardzenie artystami, brak fundamentalnego do nich szacunku i podobne dyrdymały. Protestuję! Martwi mnie ciężka podobno biografia Trenta, jego przejścia z dzieciństwa i tak dalej. Problem w tym, że jeśli artyście nie udaje się przenieść tych lęków, traum i frustracji do swojej sztuki Z WYCZUCIEM, to narażony będzie na ostre słowa pod jej adresem. Kto wie – może gdyby usiąść z Reznorem przy piwie, to okazałby się niezwykle inteligentnym, czułym facetem o bogatej wyobraźni. Takiemu wydarzeniu poświęciłbym osobny felieton. Niestety, do spotkania nigdy nie doszło, a jedyny materiał źródłowy jaki mam, to dorobek płytowy oraz fani NIN z mojego liceum. Z prywatnych obserwacji zauważyłem, iż sympatycy NIN odznaczali się najmniej wyrobionym słuchem, gustem i wyczuciem z całej szkoły, ich horyzonty muzyczne porażały zacofaniem, a byli też ograniczeni w innych kwestiach. Ja nic nie sugeruję, ale człowiek uczy się na doświadczeniach i trudno mi nastawić się pozytywnie, bo chcąc polubić NIN nie mam, obrazując to literalnie, czego się chwycić. Wygląda więc na to, że Reznor jest większym pechowcem, niż przedstawia to w swoich piosenkach. Too bad.

Łukasz Konatowicz     Borys Dejnarowicz    
29 listopada 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie