RECENZJE

Nina Kraviz
Nina Kraviz

2012, Rekids 6.1

Robiąc porządki na dysku, natknęłam się jakiś czas temu na skopiowany do Worda (!) ośmioletni cytat z Borysa, opiewający fizyczne walory Kylie (psychofanka Kylie czy Borysa? nie pamiętam). Coś tam, że ''ma idealną figurę, zaspokajającą najskrytsze łóżkowe wyobrażenia''. O proszę. I że ''jej twarz w absolutny sposób łączy dziewczęcy wdzięk z wyzywającą agresją''. Tadam. Jasne, można się spierać. Zresztą nie chodzi o to, żeby spychać kogoś z piedestału, chodzi o to, że Nina jest ładna (sucza powściągliwość). I o ile wcale nie zamierzam robić z tego jej centralnej zasługi, o tyle trochę nie mam wyjścia. Nina widać też go nie miała, bo na lejtmotyw debiutanckiego albumu wybrała sobie właśnie cielesność. Taką spod znaku Fashion TV.

Wizerunkowo nie jest to może przedsięwzięcie tak glamour jak ubiegłoroczne dokonania Florrie – żadne D&G niczego tu nie sygnuje, Nina nie zajada się makaronikami. Wdzięczy się trochę w berlińskim klubie, ot co. Perfekcyjna fizyczność rosyjskiej piękności tylko w minimalnym stopniu znajduje odzwierciedlenie w opakowaniu, a łapanie słuchacza ''na buzię'', całkiem nienachlane, rozgrywa się raczej w innej przestrzeni, w samym wnętrzu Nina Kraviz, w samej treści albumu. Albumu chłodnego i precyzyjnego niczym ostrze jej oczu, a jednocześnie aksamitnego i pociągającego jak jej usta-poduszeczki. Nie ma więc mowy o świadomym wtłoczeniu się w modowo-urodowy kontekst (może z wyjątkiem powracającego odgłosu migawki w ''Choices''), bo Nina po prostu JEST wytworem zmysłowego świata i to po prostu SŁYCHAĆ.

Cielesność debiutu Niny przejawia się także w jej głosie, nie wysamplowanym, a jej własnym. To, że przez większość albumu szepcze lub pojękuje, rozumie się samo przez się, na tym przecież między innymi zasadza się jego stylowość, ale to nieważne. Bardziej interesuje mnie to co, a nie jak mówi. Nie ma tu skończonych historii, są ich zalążki, gorzkie mikro-komunikaty: ''I don’t trust you anymore'', “Get out and don’t touch me/Get out of my life'' czy ''I can’t get away from me''. A gdy dodać do tego subtelną taneczność, która zaskakuje okolice bioder w trakcie wieszania prania, robią nam się z tego małe hymny miejskich dziewczyn, samotnych, rozgoryczonych i ładnych. Piona, Nina!

Zmysły na Nina Kraviz są zresztą nie tylko dominantą, punktem odniesienia czy zapleczem sensów, ale i klamerką spinającą zaskakujące bogactwo stylistyczne. Oprócz typowego dla niej tech-house’owego oręża, Rosjanka próbuje zawalczyć także wydelikaconymi do granic footworkowymi schematami w ''Ghetto Kraviz'', dalekimi echami dub techno w ''Working'' czy ''Best Friend'', oziębłym, rozczarowanym disco w “Love Or Go”, nie takim znowu słonecznym kalifornijskim beatem w ''Turn On The Radio'', mistycyzmem spod znaku Ayshay w ''Fire'' i zapętloną ambientową ciszą w ''4 Ben''. Ja z tej szerokiej gamy produktów poproszę Ninę o smaku ghetto, może dlatego że ostatnio bierze mnie wszystko, co ''żukiem'' stoi. A może po prostu jest to kawałek z krwi i kości, najlepszy w zestawie, który bez charyzmy autorki błyszczałby pewnie i tak, a charakterem mógłby obdzielić wszystkie pozostałe? A no tak, ''kawałek''. Nina nie lubi tego słowa, woli ''piosenka''. Ależ Nino kochana, w porządku, jak dla mnie mogą to być nawet piosenki, szkoda tylko, że tak mało intrygujące w swej piosenkowej istocie.

Na szczęście, przetłumaczona na muzykę stylowa aura producentki jest na tyle czytelna i nęcąca, że kompozycyjna nuda, która wkrada się gdzieś w połowie albumu, nie doskwiera aż tak bardzo. Jednak samą aurą można słuchacza złapać, ale nie zatrzymać na dłużej. Reckę napisałam, zatem zostawiam sobie ''Ghetto Kraviz'', a od reszty odchodzę bez żalu.

Luiza Bielińska    
21 marca 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja