RECENZJE

Niechęć
Śmierć W Miękkim Futerku

2012, Wytwórnia Krajowa 7.4

Czar rewizjonizmu pozwala uwierzyć, że nasza tradycja silna Skaldami uporała się z naszą tradycją ciemnego doła i że Tomek Beksiński jarał się ekstatycznością XTC bardziej niż gotykiem Fields Of The Nephilim. Lata 90 dopuściły rock walczący, maczystowski i ponury do dużych mediów w zamian za "zasługi", kontestatorzy zostali ugłaskani i dopuszczeni do spektaklu (z najbardziej charakterystycznym beneficjentem takiego stanu rzeczy w postaci Kuby Wojewódzkiego), internety długo klarowały sobie drogę dla "jasnej strony", konstytuując niejasną dialektykę, która najtreściwiej wyróżnia się chyba w poczuciu elitaryzmu bywalców 100 tysięcznego Openera względem pogardzanych juwenaliów z Kultem dla publiczności 4 razy mniejszej, czy anachronizmach w postaci filisterskiego czytania prasy muzycznej (ograniczonej do Teraz Rocka i nie do końca rozumianych szpalt "tygodników opinii") dla beki. Pieniądze, pieniądze i złudzenia. "Lepiej uzbrojone oczy" to oczy przysłonięte różowymi okularami, po których zdjęciu świat przerażający jest tym bardziej.

Oczywiście polski jazz zupełnie umyka łatwym klasyfikacjom w takim ujęciu. Z kilku powodów, z których pozwolę sobie wymienić tylko pierwszy z brzegu: zupełnie brakuje racjonalnej systematyki, co świetnie pokazuje, jak bardzo stawianie na piedestał kategorii "songwritingu" przy rezygnacji z kategorii "bossostwa/ciotostwa" może być zgubne – większość recenzji jazzowych jakie przeczytałem w tym kraju to boleśnie nieudolne pisanie pełne towarzysko-twardogłowych przesądów, których nijak nie da się obejść, choć przecież wyłożone kawa na ławę ideały wykonawczej perfekcji i akademickiej precyzji zdawałyby się obchodzić ten problem.

Złożona z samych konfabulacji recenzja nowej płyty Niechęci autorstwa Piotra Metza we Wprost bardzo ciekawie ujawnia splot pewnych aspektów jazzizmu, wspomnianych różowych okularów i kategorialnej niewydolności. Klasyczny Davis (który został na EP Niechęci sprzed 2 lat i na Śmierci powraca sporadycznie) jest przeciwstawiony Marsalisowi, który jak wiadomo jest mieszczański i przystępny, aktywna scena jazzowa (jakieś jaskrawe "kolejne" przykłady?) – pogrążonej w inercji scenie rockowej. "Modna znów ostatnio psychodela" – czy trzeba to komentować? Wreszcie – Metz już na początku nie dostrzega największego błędu, jaki popełnia, a który z miejsca skreśla jego recenzje – klasyfikuje Śmierć W Miękkim Futerku jako płytę z gruntu jazzową, którą jako żywo ona nie jest.

Piszę o tym bynajmniej nie z powodu ambicji systematyzujących, tylko dlatego, że debiutancka płyta Niechęci to album, który co prawda nadal można zbywać mglistymi etykietkami nu-jazzu, Komedy i Chopina grających Joy Division, ale więcej tu teoretycznie odstręczającego uncool niż koncyliacyjnego poklepywania rozleniwionych słuchaczy. Może ktoś sobie wyobraża, że gdyby zamiast Stańki z Komedą pracował wściekły Brotzmann, to wyszłaby z tego Niechęć. Ja sobie nie wyobrażam. Jest tu oczywiście Kurylewicz przechadzający się Marszałkowską, ale jest też Janusz Stokłosa, Brylewski, Jarocin... Od kiedy przeczytałem porównanie Filipa, zestawiającego "Taksówkarza" z wczesnym Kultem, nie mogę uwolnić się od przekonania, że właśnie to jest jedna z najżywotniejszych części muzyki Niechęci – coś, co podsunięte w niezwykle eleganckiej formie, raczej w zakładce moods niż genres eksploruje rzeczy, o których uwielbienie ciężko podejrzewać konsumentów letnich festiwali i ich radiowych "ogłaszaczy".

"Grałem punk, jazz i rege i minimal i trans, byłem poważny w knajpach, w bibliotekach snułem bounce". "After You" z nieśmiałego wypełniacza z EP wyrasta na jeden z najbardziej zapierających dech w piersiach utworów ostatnich lat. W "Mojrach" erupcja z "Nightime, Daytime Requiem" Komedy (czy też bliżej interpretacji Stańki z Litanii) sąsiaduje z patetycznym, nakręcającym się post-rockowym finałem, swobodny, jamujący "Relaks dub" obok odniesień do projektów Brylewskiego czy Świetlików pobrzmiewa harfą, "Fecaliano" to z kolei numer o lekkości Underneath The Pine (chyba najbardziej kojarzący się z "Divina") – kompozycja saksofonisty, w której nie ma ani nuty saksofonu. Godspeedowy ciężar utworu tytułowego (autorstwa Jacka Szabrańskiego) zestawiony jest z lekkością Jaga Jazzist ("Niespokojny relaks" czy podniosły niczym "Oslo Skyline" "Prozak"). Dzikość Supersilent i Rune Gramoffon sąsiaduje z przystępnością ECM. Trochę biesiadnie, trochę breakcore.

Perkusista, mimo technicznej perfekcji, daleki jest od równie świetnego Wojtka Oleksiaka z Jazzpospolitej. Ciąży raczej ku bonhamowskiemu rozkurwowi niż delikatnej gracji McEntire'a, a przy tym potrafi się odpowiednio wycofać, zostawić miejsce dla zespołu. Możecie też wierzyć, że Maciej Zwierzchowski ksywę "Zwierzak" zawdzięcza nazwisku, a nie ekspresji, ale po przesłuchaniu będziecie musieli to przemyśleć. Tomek Wielechowski jako pianista poszerzył paletę brzmień od czasów EP-ki chyba najbardziej z zespołu, oprócz klasycyzującego pianina wrzucając barwne plamy syntezatorów czy floydowsko brzmiących organów. Gitarowe soundscape'y sąsiadują z przesterowanymi wyładowaniami i brzmieniem bliższym akustycznemu, basista sięga po sprawdzony już patent na dubową pulsację, ale dorzuca też kompozycję całkowicie odmienną ("Drugi Turnus W Pucku"). Niewiele zostaje ze szkicownika, jakim była poprzednia, jeszcze być może "jazzowa", mała płyta.

W obrębie tak określonej estetyki Śmierć W Miękkim Futerku eksploatuje chyba maksimum. Ciężko jest uciec od tej płyty, od jej uberchwytliwych, arcyprzyswajalnych, powtórzmy – bardzo rockowych tematów. W dniu, kiedy po raz pierwszy słuchałem Śmierć W Miękkim Futerku zauważyłem w sklepie brukowcowy nagłówek "Kiedyś miłość, teraz niechęć?". Zabawna koincydencja, prawda, ale bez zwrotnego sprzężenia, bez zwodniczego podglebia i rzeczy które pozwalają przymykać oko na jazzmańskie niedoskonałości – mamy do czynienia z ewenementem.

Łukasz Łachecki    
3 kwietnia 2012
BIEŻĄCE
John MausScreen Memories
Tame Impala"List Of People (To Try And Forget About)"