RECENZJE

Nicolay
City Lights, Vol.2: Shibuya

2009, Hard Boiled 6.8

KB: W przypadku tego Holendra nie można mówić o jakimkolwiek "zawodzeniu się". Wiadomo ile umie i jak wszechstronnie, a poza tym nawet nudniejsze fragmenty tego soundtracka do komunikacji miejskiej złożone są z onieśmielająco ładnych dźwięków, więc nie mamy się co obawiać o jakieś "obniżki formy". Pomysł na nagranie płyty o światłach miasta, japońskich czy jakichkolwiek, nie kłamcie, że was nie urzeka i już choćby dlatego ciężko rzucić jakąkolwiek kąśliwą uwagę o tym albumiku. To nie pierwszy raz kiedy Nicolay posłużył się tym konceptem (tak przypuszczam po tytule albumu City Lights 1.5, wydanego w 2005 roku, choć go nie słyszałem), pewnie też nie ostatni, więc następnym razem tylko trochę więcej wokali i obiecuję, że przykleję sobie jego plakat z domalowanymi różowymi serduszkami nad łóżkiem. Fajne jest też to, że widać jak gość kombinuje – dzięki temu jego główny projekt pewnie tylko na tym zyska, unikając powtórek.

BD: Mój egzemplarz Leave It All Behind to wydanie dwupłytowe z bonusowym dyskiem, który wypełnia (w formie "lustrzanego odbicia" tracklisty) instrumentalna wersja albumu. Shibuya często przypomina tamten dodatkowy krążek. Perełki typu "Omotesando" na luzie by się tam zmieściły. Gdzie indziej Pat Metheny "spotyka się z" (wiem czerstwość, ale ja czytałem sporo pana Jerzego w przeszłości) Lisą Shaw w dziwnych czasem sygnaturach. Czyli trochę muzyka moich marzeń. Po miękkkkkiej bułce rapowej kolaboracji z Kayem, Rook podkręcił nieco BPM-y. Holender! Zacne to tło do miejskich spacerów i jazdy metrem. A przesłodzone przestoje kwalifikujące się do "muzyki dla mebli" skipuję i chuj.

ŁŁ: O ile poprzednią płytę Nicolaya poznałem dzięki recenzji mojego serdecznego kolegi Wojtka Sawickiego, który właśnie został prezesem klubu, i który niech żyje, tak na City Lights, Vol.2: Shibuya czekaliśmy już jako wygłodniały ciepłego bitu kolektyw, z tym moim kolegą. Najpierw zdaje się była okładka, która sprawiała duża radochę nam, z Wojtkiem nam sprawiła radość, i dobry singiel był, ciepły. Ale gdy przyszedł 2 w przeciągu roku full lenght, sprawy wyglądają trochę smutniej, bo choć nadal jest to momentami przepiękny albumik, to trochę za mało tu się treści pojawia. Weźmy highlighty, jak otwierające "Lose Your Way", "Wake Up In Another Life" czy krótkie, urokliwe "Shibuya Epilogue". Dochodzimy w tym miejscu z kolegą Wojtkiem do konkluzji, że, jakkolwiek, kobiety to może być rzecz całkiem użyteczna, na takiej w sumie producenckiej płytce. Liczę na jakiś bardziej pełnoprawny follow-up dla głównego (?) projektu Holendra, Foreign Exchange, i choć ta inspirowana podróżą do Japonii płytka wciąż spełnia moje kryteria "cool", to trochę chyba za dużo ze wspomnianym kolegą naczelnym oczekiwaliśmy.

PM: Shibuya wydaje się być tym dla Time:Line, czym płyta roku dwa tysiące osiem dla debiutu macierzystego składu Holendra. Take that as a recommendation (or not). Mój ulubiony producent końcówki dekady, pokłady namacalnego klimatu "patrz: tytuł", niewyczerpane zasoby kreatywności w klejeniu bitów. Dokładniejszych spostrzeżeń szukajcie wyżej – głowa mnie boli, a w dodatku magisterka przez noc nie napisze się sama. Take pills.

Kamil Babacz     Łukasz Łachecki     Patryk Mrozek     Borys Dejnarowicz    
26 listopada 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie