RECENZJE

Nicolas Jaar
Space Is Only Noise

2011, Circus Company 6.5

AR: Po jednoznacznie tanecznych sprawach (świetne "Come N Get It") Jaar nagrał się na pianinie i obfotografował swój i inne głosy w sepii. Formalnie wszedł w erę "personalizacji i zagłębienia się w siebie", tyle że nie tak ryzykownie i jednoznacznie jak Blake. Zachowawczość połączona z talentem się opłaciła. Mimo artystowskiej atmosfery, związanej z nią oczywistości klasycznego instrumentarium, wszystkich tych noir odwołań, mimo smucenia się po francusku Jaar ma dobry timing i bez oporów z niego korzysta. Wie kiedy zamknąć Le Livre Noir du Capitalisme, rozproszyć dym Gauloise'ów i płynną angielszczyzną zaprosić do spokojnego tańca. "Colomb" to tylko tytuł, Jaar nie wypuszcza się za często na zimne głębiny, a jeśli już to w eleganckim stroju nurkowym, na chwilę. Zamiast rejestrować strumień świadomości woli łączyć wiele różnych inspiracji w dość frapujący sposób. Ze swoim dyskretnym urokiem naprawdę dobrego, unikającego jałowości rzemieślnika jest świeży, ciekawy. Jego wyraziste downtempo ma nawet kilka poruszających momentów (np. "Too Many Kids Finding Rain In The Dust"). Szeroka czołówka tego roku tak jeszcze przez dwa miesiące.

RG: Napisanie rozjaranej recenzji długogrającego debiutu Nicolasa Jaara to proste zadanie. Tam się wspomni o jego wieku, bo historie o genialnych młodzieńcach zawsze są efektowne, tu się machnie o Chile i zaznaczy przemianę w stronę wycofania w stosunku do jego roztańczonego stuffu, jaki pojawiał się u nas w rezerwie, koniec przypieczętuje "OMAJGAD!" i już. Tylko, że jak nawet się człowiek uzbroi w "on tutaj nie pisze piosenek" to i tak część całych indeksów na Space Is Only Noise rozpływa się z braku materii. Ja dopiero zauważyłem, ze płyta się zaczęła na "Too Many Kids Finding Rain In The Dust", a potem i tak było na niej mnóstwo muzycznych dziur. "Space Is Only Noise If You Can See" za to jest totalnym kozactwem i aż zmusza to namecheckowania tej mikstury gatunkowej, jaka pojawia się w każdej recenzji albumu. Przez takie przejawy tej swojej genialnej młodzieńczości Jaar sprawia, że pewnie go sobie w przyszłości pośledzimy. Szkoda, że teraz tak dziurawo angażuje.

FK: Niestety, ale zdecydowanie się zgadzam. Zdając się na odczucia wyraźnie słuchowe, to pierwsze trzy ni to miniatury, ni to impresje, zlewają się w magmowe intro. Działa tu jednak zasada dysproporcji – przez to, że kilka fragmentów jest takich, że w rzeczywistości ich nie ma, te prawdziwe piosenki wydają się jeszcze lepsze. Powolnym przyrostem jakości Jaar eliminuje przypadkowych słuchaczy, a cierpliwych nagradza errrupcją geniuszu. Mniam. W większości przypadków zalecenie jest proste – skrócić całość, ale przy przesłuchaniu wybiórczym jakoś jednak gorzej to brzmi (bo czymże byłoby "Too Many Kids.. " bez uroczego przedłużenia w postaci ciągnącego się, szkicowego "I Got A Woman" etc.). Wniosek – Jaar, mimo metryczki, która na to nie wskazuje, jest artystą, a ta płyta ma być dokładnie tak dobra, jak powinna być. Albo niemal wzorcowy grover.

MH: Ciężko nie uciec od zestawienia tego materiału z longplayem Jamesa Blake'a, także ze względu na okres, w którym się on ukazuje. Podobnie jak u londyńczyka Jaar dekonstruując konwencjonalne struktury bitowe uszlachetnił całość stonowanymi w ekspresji wokalizami. Kruchy bit, wyzuty z narastań i kulminacji, w niespiesznym tempie i z minorowym pianinem wytransferowały Jaara z parkietu do lounge roomu. Odbijmy się jednak od odwołań do Blake'a, gdyż tutaj jedziemy na bogato. Weźmy za przykłady akwatyczny field-recording w otwierającym "Etre", w którego przypływie zawiązany zostaje ambienalno-filmowy wymiar Space , smyczki w "Too Many Kids Finding Rain In The Dust" czy "Keep Me There", w którego krótkim finale pocięty saksofon melancholizuje bodaj najbardziej tanecznie poprowadzony bit na całym krążku. Na Space słyszymy zresztą nie tylko Jaara śpiewającego lub manipulującego swój wokal. "I Got A Woman" to domena Raya Charlesa a tu i ówdzie powracają i zanikają fragmenty narracyjne – również w języku francuskim, co jakby z definicji przydaje smaku i klasy.

W istocie jest to impresja przy znaczącym udziale brzmień organicznych (dominuje pianino), choć bez radykalnego odcięcia się od dotychczasowych deep-housowych poczynań nowojorczyka. Ten sznyt jest tu ciągle słyszalny w utkanej z elegancją kanwie rytmicznej z różnobarwnością jej skwierczeń, klików i trzasków. Jeśli kogoś miałoby to bardziej zachęcić, dodam, że Nicolas dorastał w Chile i mimo że to automatycznie sugeruje porównania do innego tuza sceny minimal, to moje skojarzenia wędrują przez Brazylię do Meksyku. Gdzieś w produkcjach Amona Tobina na poziomie barwy roztacza się ten sam odcień melancholii, podczas gdy odmalowanych nią elegijnych motywów doszukuję się w Martes Murcofa. Nawet jeśli mamy do czynienia z trendem i w najbliższych miesiącach doczekamy się innych wydawnictw "w konwencji", to przewiduję, że Space Is Only Noise obroni swoją pozycję na mojej liście rocznej.

Andrzej Ratajczak     Michał Hantke     Filip Kekusz     Ryszard Gawroński    
28 lutego 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie