RECENZJE

Nicola Roberts
Cinderella’s Eyes

2011, Polydor 5.2

Mądrzejsi ode mnie próbowali kiedyś uknuć uniwersalną formułę stojącą za współczesnymi girlsbandami. W przypadku zespołów chłopięcych sprawa wydaje się jasna – w skład przysłowiowej piątki wchodzą zazwyczaj: przystojniaczek, luzak-w-za-dużych-ciuchach, koleś z długimi włosami , typowy maczo i gość z zarostem. Ta formuła sprawnie funkcjonuje na muzycznym rynku od ostatnich dwudziestu lat; hossa czy bessa teen-popu – matematyka kryjąca się za tego typu grupami właściwie się nie zmienia. A u dziewczyn? Tu – jak z wszystkim – nie ma nic pewnego. Nie ma reguły z ilością, nie wiadomo jak z typami urody w poszczególnych przypadkach, ale jedno jest pewne – girlsband bez rudej to girlsband kiepawy. Archetypiczne Spice Girls, zapomniane No Angels, wreszcie Girls Aloud – "mniejszość rudzielcza" była u nich regułą i odpowiadała ówczesnym nastrojom społecznym. I tu ciekawostka historyczna, albowiem każda z rudych członkiń wyżej wymienionych zespołów na zgliszczach swojej macierzystej formacji próbowała uszczknąć dla siebie coś solo. Ginger Spice schudła, przefarbowała włosy i nagrała przebój, Ludmila Diakovska odkryła w sobie biseksualizm i po nieudanej próbie zwojowania niemieckiego rynku fonograficznego poświęciła się pracy w ogródku, zaś Nicola Roberts swoim debiutanckim longplayem niespodziewanie zagrała na nosie Cheryl i koleżankom.

Start z pozycji underdoga wiąże się z oczywistymi przywilejami – tego chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, a przykład Roberts tylko to potwierdza. W czasach smutnych dla konsumenta muzyki pop niespodzianka jaka stała się udziałem Nicoli może być odbierana niemal wyłącznie w pozytywnych kategoriach. Mnie uderzają przede wszystkim fajne rzeczy, które podziały się w sferze wizerunkowej. Jak powszechnie wiadomo na tle Cheryl Tweedy (goń się Ca$hley) większość obecnych piosenkarek wypadałaby blado, więc do sprawy należało podejść z pewnym sprytem, co osoby z otoczenia jej koleżanki z drużyny skrzętnie wykorzystały. Teledysk do "Lucky Day" to świadectwo bardzo ciekawej transformacji zespołowego brzydkiego kaczątka w całkiem hożą łanię – wizerunkowo gdzieś pomiędzy naiwną lolitką a współczesnym geekiem bez spodni, z dosyć naturalną niezgrabnością i typową dziewczęcością.

Można cieszyć się z tej niezwykle przyjemnej dla oka przemiany, ale nie obdzierajmy jej z kontekstu muzycznego. Cinderella’s Eyes to solidna porcja współczesnego mainstreamowego popu z niemal wszystkim co dla niego charakterystyczne w 2011 roku – album będący doskonałym odbiciem obecnych czasów. Szkoda, że poza nośnym "Beat Of My Drum" więcej od siebie nie rzucił tu Diplo, ale odkurzony w tym roku dla mainstreamu przez Sophie Ellis-Bextor Dimitri Tikovoi nieźle radzi sobie jako producent większości tego materiału. Podobnie jak na Make A Scene, na debiucie Nicoli również znajdują się utwory sygnowane przez Josepha Mounta z Metronomy, ale bardziej niż na miano highlightów zasługują chyba na miano średnio wciągających odrzutów. I to też wiąże się z jedynym zarzutem jaki mam wobec debiutu Roberts – poza przebojowymi singlami przeważająca część tego materiału zbyt mocno zlewa się w miałką papkę, by chcieć sobie to aplikować ponownie w całości. Pod tym względem daleko albumowi członkini Girls Aloud do poziomu Loose czy nawet Good Girl Gone Bad, dlatego o żadnym historycznym przełomie nie może być mowy. Zamiast tego mamy na Cinderella’s Eyes do czynienia z przyjemną, sprawnie zrobioną muzyką użytkową, która na dłuższą metę jest jednak zbyt przewidywalna, by mocniej wpłynąć na współczesne popowe realia.

Kacper Bartosiak    
9 listopada 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie