RECENZJE

Nicki Minaj
Pink Friday: Roman Reloaded

2012, Cash Money / Young Money Entertainment / Universal Republic 5.6

Co się dzieje z amerykańskim rapem? Jeśli myśleliście, że post-blake'owskie introspekcje Drake'a ostatecznie przesunęły granicę dopuszczalnej dla twardych MCs wrażliwości i pozwoliły im na posługiwanie się paletą emocji rodem z pościelowego r'n'b, to weźcie pod uwagę, że wciąż chodzi wyłącznie o świat mężczyzn. Podobnie jak minęły już czasy, gdy życiowe prawdy Biggie wyrażał najtrafniej nawijając jak opętany peany na cześć własnego kutasa, tak dawne, brutalne brooklyńskie porządki Lil' Kim również należą już do przeszłości. Dziwkom skonfiskowano broń, więc lecą w kosmos. Po całonocnym klabingu efektownie rzygają po Metropolitan Museum of Art, na kacu oglądają klipy Gagi i bez trudności udaje im się połączyć kropki Jak wszyscy jesteśmy kolorowi, to jesteśmy szarzy; odrzucenie słowa kicz i etniczna duma. Tata jest z Marsa, mama z Wenus, to nie mogę pozostać w tyle, prawda?

Nicki Minaj jest kosmitką, ale bez obaw – bliżej jej do psychopatycznych i przebiegłych bohaterów filmu Marsjanie Atakują niż androgenicznych apostołów pokoju z Bliskich Spotkań Trzeciego Stopnia (grałaby wtedy new-age'owy gospel, sprzedawany jako soundtracki do opracowań teologii wyzwolenia). Potrafi się wygryźć i przeżuć, wypiąć się i kopnąć, a gimnastykę tą intensyfikuje do granic możliwości. Pink Friday: Roman Reloaded to z jednej strony wściekłe siłowanie się artystki ze swoim mizoginicznym alter-ego, sfrustrowany, ascetyczny muzycznie monolog, który można (ale nie trzeba) uznać za nieco mniej dyslektyczną odpowiedź na Goblina Tylera, a z drugiej – paczka radiowego konfetti, w której Nicki sięga po najbardziej obciachowe zabiegi produkcyjne dostępne we współczesnym popie. Pełno więc tutaj eurodance'owej siekanki, kakofonii przesłodzonych syntetyzatorów, rozjechanego autotunem wokalu i topornych, trance'owych bitów (całości, swoją drogą, patronuje nie kto inny, ale RedOne).

Pomimo produkcyjnych ekscesów, Pink Friday: Roman Reloaded, o dziwo, jak najbardziej broni się od strony kompozycji. Nie chodzi tylko o mniej zajeżdżające tandetą, czysto hip-hopowe utwory w rodzaju ''Beez In The Trap'' (luźno niezły b-side Snoopa z okresu R&G), ale również i o bardziej radiowe części albumu. To zazwyczaj dziwadła tak przegięte, tak nieznośne w usilnym syntetyzowaniu zupełnie nieprzystających do siebie konwencji, pełne zaskakujących rozwiązań stylistycznych i melodycznych, że aż pociągające swoją brzydotą. Mało co zrobiło na mnie w tym roku większe wrażenie niż pierwsze zderzenie z głównych singlem promującym wydawnictwo, ''Starships'': od otwierającego utwór teen-popowego mariażu akustycznej gitary z wakacyjnym skandowaniem Nicki, przechodzącego PŁYNNIE w coś, co mogłoby być intrem do największego house'owego przeboju roku, przez dance'owy mostek (szczytowy moment radio-friendly), aż po wymiatający, pełen dramaturgii (i pozbawiony basu), niespodziewanie uwalniający klubową przestrzeń trance'owy refren, który zostaje efektownie sparodiowany w nadchodzącej chwilę później syntetyzatorowej kakofonii. Ta wydawałoby się naturalna progresja nie ucieka jednak od repetycji (jak ''Boyz'' M.I.A.), ale okazuje się jednak jedynie częścią klasycznego układu zwrotka-refren – oszołomieni wracamy więc do punktu wyjścia, desperacko starając się nakreślić jakąś logikę, symetrię. Bezskutecznie?

Piszę to z pełną odpowiedzialnością: przesłuchanie na raz blisko 70 minut Pink Friday: Roman Reloaded to jedno z najtrudniejszych wyzwań, z jakim przyszło mi się w ostatnich miesiącach zmierzyć, jeśli chodzi o muzykę. I choć – pomimo niewątpliwych fascynacji i skrajnych emocji, jakie budzi ten krążek – wszyscy chyba zgodzimy się, że w żadnym razie nie jest to do końca ''nasza drużyna'', to trzeba przyznać, że bez wątpienia mamy do czynienia z modyfikującym język współczesnego popu zjawiskiem. Ja tam Nicki kibicuję, nawet jeśli się jej troszeczkę boję.

Jakub Wencel    
4 maja 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie