RECENZJE

Nguzunguzu
The Perfect Lullaby

2011, self-released 6.9

FK: Przyszedłem tu pierwszy, więc nakreślę tło: Nguzunguzu (WS uważa, że to najgłupsza nazwa muzycznego projektu, ja jednak sądzę, że przebija ją Half Man Half Biscuit) to dwoje producentów z Los Angeles, którzy lubią współczesną muzykę taneczną. W szerokim rozumieniu tego słowa. Wiedzą też jak sprytnie połączyć wartościowe i popularne kawałki z wartościowymi i mniej popularnymi, więc wydali czterdziestoośmiominutowy skrócony przewodnik po stylach, zahaczając tak o r'n'b, jak i jakieś pop-regionalne rytmy. Zmashupowali, pomiksowali i gotowe. Nie jest to Greg Girltalk, nie jest to Songs Not Bombs Sama Sparro, ale coś pośrodku. Pomysł dobry i prosty, realizacja znakomita, a satysfakcja gwarantowana.

KFB: Kończąc (mam nadzieję) wątek durnych nazw – teraz na Warsaw Music Week grają Master Musicians Of Bukkake, więc wiecie... Natomiast w temacie projektu o nazwie, której nie jestem w stanie wymówić, mam same dobre wieści – nie dość, że panowie wybrali świetny, zdecydowanie nieoczywisty repertuar, to jeszcze posklejali wszystko w łatwo przyswajalną, niezwykle strawną całość. I jak w każdej układance - jedne elementy będą podobać się bardziej, inne mniej, ale ogólny obraz powinien ucieszyć nawet największych mash-upowych purystów. A ja wciąż cieszę się w sobie, że r'n'b kontynuuje natarcie i robi to niezmiennie w nie pozostawiającym wiele do życzenia stylu.

AG: Mixtape duetu z Los Angeles snuje się tak subtelnie, jak dyskografia DJ-a Screw, zaloopowane "Purple Rain" czy True Love Lovepapers puszczane z telefonu, kiedy dogorywając na kanapie nie masz już siły na wykonanie jakiegokolwiek ruchu poza podrygiwaniem głową, a na drugi dzień wciąż uważasz ten moment za muzyczną epifanię dnia. Nguzunguzu stosują – jeszcze śmiałą, już trochę wytartą – taktykę sięgania do muzyki w odległej perspektywie inspirowanej Zachodem, która rozwinęła się na peryferiach w jakieś zupełnie szaleńcze, nieznane nam desenie, i inkorporowanie jej z powrotem do macierzy. W The Perfect Lullaby zazębia się to wszystko z największą precyzją i bez najmniejszego wysiłku.

Odkąd Diplo stracił poczucie rytmu i godności (mówię, bo widziałam), nikomu nie udało się tak na temat zapełnić luki w konsekwentnym ugniataniu muzyki skończonego mainstreamu z muzyką skończonych rubieży. Wtedy był to hip-hop, baile funk (hehe - baile funk) i reaggeton. U Nguzunguzu jest r'n'b, cumbia (hehe - cumbia), reggaeton i wszystkie te gatunki muzyczne, których nie potrafię nazwać, ale które słyszę z licznych klatek schodowych mijanych po drodze do domu, drodze, która dodaje mi +10 do street credu i +20 do szybkości marszu faktem prowadzenia przez osiedle socjalne.

Nguzunguzu poza wszystkim punktują dodatkowo nostalgicznym przechwyceniem r'n'b późnego gimnazjum, którego nie spodziewałam się już usłyszeć w bliskim mi kontekście. Jedynym elementem, który nie do końca chce się integrować z resztą klasy, jest nieszczęsne "One Thing", brzmiące tu równie bluźnierczo jak we wszystkich swoich poprzednich remiksach - nie ze względu na estymę, jaką darzę kawałek, ale dlatego, że zaśpiewy Amerie, odarte z przynależnego im bitu i zestawione z innym, z a w s z e brzmią bardzo, hm, voodoo-house'owo i generalnie tak, jak wyobrażam sobie pieśni rytualne ezoterycznego zakonu Dagona.

KB: Ale się zrobiło ciepło. Nguzunguzu w sam raz. Oczywiście możemy już powoli zapominać o słynnym miksie Diplo i M.I.A. i nie ściągać kolejnego Girl Talka, za to wpatrywać się w przesuwające się wodospady. Popieram "hipsterskie" zainteresowanie r'n'b, tym samym przeczuwam pokrewieństwo z El Guincho, przyznaję znak jakości i już nie powtarzam się po kolegach.

Aleksandra Graczyk     Kamil Babacz     Kacper Bartosiak     Filip Kekusz    
13 maja 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie