RECENZJE

New Wet Kojak
This Is The Glamorous

2003, Beggars Banquet 6.7

Zacznijmy może od tego, że literalnie każda recenzja jakiejkolwiek płyty New Wet Kojak przywołuje w różnych odmianach słowo "seks". Utarło się tak i już. Ja, mając świadomość banalności formuły, mimo wewnętrznych prób przezwyciężenia pokusy, nie zdobyłem się na odważne przełamanie tej niepisanej reguły. Będzie zatem o seksie, seksowności, seksapilu, seksualności i seksualizmie. Taaak, wiem, to frazes dziennikarski, tysiące writerów zrobiło to przede mną, ale zawsze musi być ten pierwszy raz, a o New Wet Kojak jeszcze nie wspominaliśmy, więc czemu mielibyśmy przeciwstawiać się tradycji? Jest pewien komfort w tej sytuacji, mianowicie: wy wiecie, że ja zbuduję reckę na motywach seksualności, a ja wiem, że wy wiecie, że zbuduję reckę na motywach seksualności, a wy wiecie, że ja wiem, że wy wiecie, że zbuduję reckę na motywach seksualności, a ja wiem, że wy wiecie, że ja wiem, że wy wiecie, że zbuduję reckę na motywach seksualności, a wy wiecie, że ja wiem, że wy wiecie, że ja wiem, że wy wiecie...

Ok, ale ktoś spyta najpierw: skąd ta etykietka przy New Wet Kojak? Dlaczego przylgnęła do nich ta seksowność? Tacy seksowni kolesie? Cóż, to odwieczna tajemnica. Odnośnie atrakcyjności członków grupy raczej nie chciałbym zabierać głosu, bo jakoś nigdy nie zastanawiałem się nad seksownością mężczyzn. Polecam rozwikłanie tego wątku dziewczętom. Natomiast ciekawszy wydaje się szlak interpretacyjny zakładający seksowność samej muzyki New Wet Kojak. I tu także wszystko zależy od definicji "seksownej muzyki". Widzicie, dla jednego seksowne są koncertowe nagrania Milesa Davisa z lat siedemdziesiątych, dla drugich "Je T'aime" Serge Gainsbourga, dla jeszcze innych "You Can Leave Your Hat On" Joe Cockera, czy "The Sweetest Taboo" Sade. Na pewnym etapie wyliczanki nieznacznie modyfikuje się kryteria doboru i do obiegu wkraczają rzeczy pokroju "Baby One More Time" Britney Spears, "What A Girl Wants" Aguilery lub "What Took You So Long" Emmy Bunton. Niezal-fani podsuną "Bang!" YYYs albo "Letter From An Occupant" New Pornographers, ze względu na postaci wykonawczyń.

Ja? Szczerze mówiąc nigdy się nad tym nie zastanawiałem, i może teraz jest najwyższa pora ku temu. No czekajcie. Zerknę na półkę. Oczywistym typem byłoby cokolwiek z Fever. Ale załóżmy, że chcę być oryginalny. Druga Tosca wymiata pod tym względem, bezapelacyjnie ewokując nastrój pachnącej zimnej pościeli, uchylonego okna i wieczornego blasku gwiazd. Cholernie mocny w tej kategorii jest self-titled Futra, a na nim zwłaszcza "Would Be Easier", uwodzący funkującym basem i tym głosem z leniwej niedzielnej audycji. Zresztą sama audycja też się nieźle spisuje. Jak tak się spisuje przed mikrofonem, jak na boisku, to będą mieli słuchacze z niej pożytek. Co jeszcze? Ahh, baby. Mam taką płytkę Tom & Joyce, gdzie non-stop jedzie bossanova. Polecam. Parę numerów z singli Farben jest seksownych jak diabli. Z ciekawostek dorzuciłbym closer Elephanta White Stripes, z nuceniem Holly Golightly i Meg White, które są taaaaakie głupie... Jak więc sami widzicie, decydują indywidualne dewiacje i trudno wyselekcjonować zestaw utworów uniwersalnie seksownych. Lecz skoro tak, to czemu setki autorów przede mną również podminowało swoje teksty o New Wet Kojak seksem? Ich brzmienie to nofowalowy rock z domieszką kameralnego, amatorskiego rzekłbym jazzu. Co w tym seksownego? A może chodzi o nazwę formacji z której Kojak się wykluł? Girls Against Boys?

Wow, Girls Against Boys. Cofnijmy się do źródeł zamieszania. Girls Against Boys też wywoływali z lasu pojęcie "seksowności", bo jeden z frontmanów chodził z jakąś popularną aktorką, czy coś. Ale Girls Against Boys to był kurwa zespół, który był żywym, namacalnym przykładem słowa "niezal". Nie jak Pavement czy Archers Of Loaf, że bogowie. Tylko po prostu: słucham GVSB, jestem cool. Niezal. Ujmę to w ten sposób: Girls Against Boys byli formacją, której albumy stanowiły przedmiot zabawy w śpiewanie piosenek przed ich poznaniem. Kojarzycie to? Kupowało się razem z kolegami z high school płytę Girls Against Boys i zanim trafiła do odtwarzacza improwizowało się konkretne piosenki jedynie na podstawie ich tytułów. Próbowaliśmy czegoś podobnego z Kinowskim i Gwarą przy okazji nowego Cool Kids Of Death. Na imprezie u Tomka wrzeszczeliśmy: "Kurwa na telefon! Aaa! Zabiję cię! Za mało kurwa, kurwa!". Albo: "Uciekaj! Bo jak cię złapię to zajebię!". (Tomek ma ten gryps, że jak CKOD nagrywali w bloku debiut, to na pisk "Chcę być nielegalny!" z drugiego pokoju odzywał się kobiecy głos: "Krzysiu, zupka stygnie".) Nieważne. Girls Against Boys, post-punkowi hedoniści z D.C., zdobywali w ogólniaku serca takich ludzi, że by wam portki pospadały.

New Wet Kojak narodziło się w roku 1995, sześć lat po pierwszym krążku GVSB, jako zwyczajny side-project rzeczonej grupy. Charyzmatyczny wokalista Scott McCloud i równie, a może troszkę mniej charyzmatyczny basista Johnny Temple dokooptowali ekipę kontrybutorów: obsługującego perkę Nicka Pelleciotto (ex-Edsel), gitarmena Geoffa Turnera i seksofonistę Charlesa Benningtona. (W podstawówce na wyjeździe w góry bawiliśmy się w głuchy telefon i jedna z dziewczyn wymyśliła hasło "saksofonowy saksofon". Czy już mówiłem kto nie ma mózgu?) W momencie zawiązania kolaboracji i wydania self-titled wyglądało to bardziej na wygłupianie się, niż granie poważnej muzyki. Zabawa, traktowałem to jako zabawę. Ale los tak pokierował drogami obu zespołów, że dziś, po wydaniu czterech dużych płyt, New Wet Kojak jest zjawiskiem dalece bardziej znaczącym niż dawno wypaleni (może przez heroinę) erotomani i skandaliści z Girls Against Boys. Rzadko sprawy przybierają podobny obrót, bo trudno sobie wyobrazić, aby taki Isotope 217 nagle zajął miejsce Tortoise. A jednak już drugim albumem Kojak przegonił swoją macierzystą kapelkę.

Nasty International to jedna z najdziwniejszych i najbardziej wciągających płyt dekady, perfekcyjne wprowadzenie w hermetyczny świat McClouda i spółki. Ciężko precyzować stylistykę, w jakiej poruszają się tu panowie. Polskim czytelnikom powiem tak: wyobraźcie sobie gościa, który melodeklamuje repetytywne slogany w rodzaju "To get the picture I don't need the camera" w tajemniczej, cmentarnej manierze, niczym skrzyżowanie proroctwa Marcina Świetlickiego i luzactwa Grega Dulli. Towarzyszą mu nocne, barowe partie znarkotyzowanej gitary, udającej psycho-funk i mroczne, groźne linie basu. Powstałą mieszankę podlano klaustrofobicznymi wtrętami saksofonu i pochmurnym pianinem. I na bazie powyższych założeń te friki stworzyły serię mezmezyrujących numerów, smakujących jak namiętny pocałunek z diabłem w chwili jego słabości. Porównywano New Wet Kojak do Morphine, ale podczas gdy trio nieodżałowanego Marka Sandmana koncentrowało się na penetrowaniu ciepłych zakamarków opuszczonego domu straszydeł, New Wet Kojak zeszli do samej piwnicy, pławiąc się w nofowalowych ekscesach i znienacka atakując jazzującymi hookami. Muzyka emanująca zamglonym nastrojem zapomnianych lokali, gdzie rozgrywają się piekielne sceny rodem z odjechanych, wizjonerskich filmów, Lyncha powiedzmy. W sumie nie wiem, czy jest to seksowne, raczej przerażające, ale wiem, że zmieściłoby się na dzień dzisiejszy do mojej setki lat dziewięćdziesiątych.

Po dziele z 1998 roku New Wet Kojak przeszli z Touch & Go do Beggars Banquet i wydali dlań umiarkowanie sukcesowego longplaya Do Things. Teraz, w odstępie trzech lat, projekt wraca z czwartym (nie licząc EP-ki No. 4) wydawnictwem zatytułowanym This Is The Glamorous. To zajebiście, że Michał przywozi ze Stanów jakieś nowe New Wet Kojak, bo z niekłamaną radością przystąpiłem do sprawdzenia, co też tam u Scotta słychać. I nie zawiodłem się. This Is The Glamorous prezentuje się zaskakująco okazale. Wystarczy jak powiem, że prawie każdy kawałek w zestawie jest wartościowy. Prawie każdy przykuwa uwagę i wsysa niepokojącą atmosferą. Jak dawniej. Bo wciąż jest po staremu. Już prolog to zapowiada. McCloud swoim typowym, naturalnie olewajskim, ale jakoś majestatycznym timbre oświadcza: "I'll tell you now / I'll tell ya this". Wspiera go tak samo duszna gitara i jak zwykle demoniczna sekcja, z basem kierującym całym motywem jak mały sterownik zwalistą łajbą. Schizofreniczne dźwięki przywołują obraz zdezelowanych podziemi starych budynków i ani się spostrzeżemy, a startuje stricte deszczowy rock "Supermodel Citizens USA".

Co mnie uderzyło, to szerokie użycie różnorodnych syntezatorów i ogólnie klawiszy. To ważny upgrade dla soundu New Wet Kojak i odświeżenie oblicza. "Nothing You Can Say" i "Something Easy" są doskonałymi przykładami na wielość zastosowanych barw: fundament to prosty wzór przypominający elektroniczne fragmenty High Society Enon, ale przestrzeń rozwijają syntetyczne wyjki. Przestrzeń to chyba słowo klucz dla This Is The Glamorous, bo album zdaje się łączyć dwa przeczące sobie aspekty: przyziemny, zadymiony klimat songwritingu z konsekwentnie anty-grawitacyjną sferą aranżacji. Pogłosy, echa, blipy stanowią o sile sugestii tych niekiedy ledwo uformowanych, luźnych jamów. Promieniujący majstersztyk "Bad Things" błyskotliwie operuje ambientowym tłem, uwypuklając kapitalną recytację McClouda. "I hear you're hangin' out / And stuff / Hangin' out / Et cetera / Doing a lot of bad things" – to żulerskie niedopowiedzenie przyprawia mnie o ironiczny uśmiech. (Jak on śmiesznie wymawia "stuff", jakby zagrał wcześniej w dziesięciu filmach u Tarantino.) Pauza w "Real World Tonight" polega na wybrzmieniu wszystkich efektów zanim plama klawiszy wypełni zaplecze. Paranoiczny kolaż "Death 2 The Pop World" niesie skoczny, niemal taneczny basik, ale wybija się trójwymiarowa otoczka i pijany głos McClouda.

Ach, no i saksofon. Ten najseksowniejszy instrument świata jest tu obecny non-stop, nie tylko poprawiając kolorystykę, ale także dostarczając charakterystycznego feelingu "noir", kojarzącego się z niegrzecznymi szefami mafii, płatnymi mordercami i zdemoralizowanymi detektywami po czterdziestce. Aczkolwiek Bennington zrezygnował powoli z awangardowych spiętrzeń na rzecz pasaży bliższych uniwersalnie pojmowanemu popowi. W instrumentalnym refrenie kawałka tytułowego wycina fajowy, chwytliwy temacik, by w chwilę potem zadąć dramatycznie, jak w ścieżce dźwiękowej do starego kryminału. Całość trzyma za mordę ten zły facet z wykałaczką w zębach, o wiecznie napiętych rysach twarzy, permanentnym kacu i bólu głowy, rzucający niedbale "to, co zwykle" wyprostowanemu barmanowi. McCloud zdecydowanie kradnie show, jest postacią tak wyrazistą, że mimo strachu podeszlibyście do niego i zapytali: "jak to jest, kiedy się zabija?", a on odparłby patrząc w ścianę: "to długa historia synu, idź spać". Stąd mimo paru niezdecydowanych, zawieszonych nieco w powietrzu momentów ("Let's Get Glorified", "Reverse The Curse") nazwę This Is The Glamorous, nie przymierzając rzecz jasna znaczenia zespołów, odpowiednikiem One Bedroom. Oczywiście, kupcie Nasty International już jutro, a jak polubicie, to sięgniecie po to. Aha, no i jeszcze na zakończenie powinienem powiedzieć, że jestem seksowny i takie tam bla bla bla. Że niby mam obok lustro, spoglądam i... ach, jaki jestem seksowny. Czy coś w tym rodzaju. No ok, schrzaniajcie.

Borys Dejnarowicz    
21 września 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie