RECENZJE

New People
New People

2018, Agora 7.0

Już na wstępie mam pewne wątpliwości: czy da się ten tekst napisać, nie używając haseł typu: supergrupa / polski niezal / porcyscore. Bo trochę nie wiem, czy to tylko w mojej świadomości pojęcie o istnieniu New People jest tak oczywiste jak istnienie, może niekoniecznie Modest Mouse czy Flaming Lips, ale przynajmniej jak Cardigans. Dlatego nie wiem, czy mam po raz setny wspominać, że The Car Is On Fire, że spotkanie dobrze zgranych ziomeczków. Czy może jednak nie każdy o tym wie? I to jednak może tylko mój mały, intymny, muzyczny świat? Na marginesie: jadł ktoś kiedyś dżem grejpfrutowy? Chyba właśnie niewielu.

Albo jednak wiem, od czego zacznę i że standardowo. New People to ludzie, których nazwiska i zespoły, w których grali, można wymienić będąc obudzonym o czwartej nad ranem, ze szlafmycą przekręconą na bakier – Alicja Boratyn (kiedyś B27, żart powtarzany miliard razy) i Jakub Sikora (o Crab Invasion ani widu, ani słychu) to teraz topowi porcys darling w duecie AlaZaStary, do tego dochodzą Jakub Czubak i Piotr Piechota (jeśli nie wiesz, że TCIOF, to co tu robisz), do tego jeszcze jeden damski wokal – Natalia Pikuła (Drekoty), i jeszcze dwóch kolesi – Hubert Woźniakowski (Eric Shoves Them In His Pockets) i Aleksander Orłowski (Magnificent Muttley). Jak to mówią: first things first (czy raczej "First Thing Tomorrow") – czyli lepiej raz po raz wymieniaj zdolnych muzyków z gitarami, niż znęcaj się w kółko nad marnymi polskimi raperami.

I keep wondering what if you weren't
Such an uptight girl
I keep wondering what if I were
A better listener

Często w reklamach soków z kartonu pojawiają się zwroty w rodzaju "prawdziwa eksplozja smaku", a kiedy skuszona reklamą kupuję opakowanie, licząc, że wszystko to prawda, że reklama nie kłamie, zawartość okazuje się raczej przypominać pomarańczową farbę niż pełen witamin nektar. Piszę o tym dla kontrastu, bo gdy New People prezentują na okładce debiutu grejpfrutowy księżyc na niebie w kolorze błękitu Thénarda, to nie kłamią – oni naprawdę są tacy barwni, choć może nie tak pełni kontrastów. Kiedy wydali pierwszy singiel – "Better Ways" – to z różnych stron pojawiły się komentarze, że to wszystko już było, że niby Stereolab i tak dalej. Ale umówmy się: gdzie we współczesnym polskim popie mamy drugą taką grupę? Że Rycerzyki? Niee, oni są mniej zachodni, nie są tak lekcy, zdają się raczej iść w stronę tworzenia własnej mitologii, świata rodem z baśni. New People są bardziej ludzcy, przyziemni, jednocześnie jakby trochę pozbawieni zmartwień albo przerzucający je na boczny tor, tak jak wiosenne zakochańce. Zresztą ich piosenka znalazła się na soundtracku filmu na podstawie internetowej pasty, no c'mon.

Trochę o trackliście. Przy "Yoga Lover" i zwłaszcza przy "Sad Max" czuję się trochę tak, jakbym właśnie miała włączyć Lake & Flames. Co prawda nigdy nie obejrzałam Chicago, ale "Cityboys Moonlight Treat" wyobrażam sobie w dusznym jazzowym klubiku. Z kolei "New Guy New Town" to już prawdziwe doznanie, jakie wcześniej zapewniły single, zwłaszcza przy cudownie wyśpiewanym wersie "he really liked his job / he really meant his words". Trochę o instrumentarium. W jakiejś chwili słabości stwierdziłam, że gitary to już przeszłość, że na tym popu się nie zrobi. A tu proszę, zespół z tradycyjnymi rock and rollowymi instrumentami, a jaką zwiewną muzykę tworzy.

Chciałabym, żeby właśnie taka muzyka wypełniała nasze rodzime komercyjne rozgłośnie radiowe, ale tak się pewnie nie stanie, to jednak nie taki pop. Niemniej jednak długogrający debiut New People wypełnił jakąś długo trwającą lukę na polskim rynku muzycznym. Zresztą jeszcze kwestia, która w popie niejednokrotnie jest ważniejsza od samej muzyki: aspekt wizualny – śliczny merch, tęczowe grafiki, na koncertach też całkiem przyjemnie się prezentują. Kupujcie na fizyku, serio, niech wydadzą coś jeszcze.

Agata Kania    
23 marca 2018
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie