RECENZJE

Neuma
Neuma

2003, Offmusic 3.5

Z reguły metal należy ignorować. Powodów jest kilka. Po pierwsze, jeśli zabawimy się w statystyków, to okaże się, że znalezienie wartościowych płyt pośród wydawnictw z tego gatunku graniczy z niemożliwością. Co więcej, jeżeli już znajdziemy taki krążek, to zazwyczaj i tak jest on słabszy od swoich popowych rówieśników. Nie warto marnować uszu, czasu i pieniędzy na pewne gówno, kiedy w zasięgu ręki mamy coś szczerze pięknego. Na dodatek tragiczna sytuacja tej gałęzi muzyki popularnej zdaje się jeszcze pogłębiać i niewątpliwie jest to kolejny paradoks naszych czasów. Gdzie nie spojrzeć, to wszędzie tylko nu-metal, połamane rytmy, więzienia, brodacze i zeszpecone dziewczęta. Lepiej zwrócić swoją uwagę w kierunku zjawisk interesujących, udając, że metalu wcale nie ma.

A jednak co jakiś czas zdarza się, że grupa utalentowanych artystów za środek przekazu wybiera właśnie ten rodzaj muzyki. Mniejsza z tym z jakiego powodu, dość, że jeżeli wykażą się kreatywnością i wyczuciem, to droga do nagrania czegoś zjadliwego stoi otworem. "Dla mnie nie ma metal, trash, jazz. W każdym gatunku można znaleźć coś wartościowego". I tak chyba należy tłumaczyć fenomen Kobonga.

Na papierze wyglądali standardowo, czyli jak totalna kiszka. Dwie gitary, bas, perkusja, dużo energii, hałasu, nagrywanie materiału "na setkę". Jednak wydany w 1995 roku self-titled debiut pokazał przepaść, jaka dzieliła (i dzieli) tych czterech muzyków od reszty ubranego na czarno ciotostwa. Dobre, oryginalne kompozycje, brak jednostajnego i bezmyślnego napieprzania w instrumenty, głębia i wrażliwość. Inteligentne (!) czerpanie z dorobku prog-rocka, iskrzące harmonie. Ponadto godne uwagi brzmienie i niezwykła umiejętność utrzymywania słuchacza w napięciu, a nawet strachu. Coś, co sprawiło, że słuchając ich muzyki w nocy baliśmy się wstać z łóżka, aby w przedpokoju nie natrafić na łomiarza, czy kogo tam się boicie.

Ale to była dopiero przystawka do dania głównego. Bo oto w dwa lata później za sprawą naszych artystów na świat przychodzi Chmury Nie Było. Płyta jeszcze bardziej eksperymentalna i poszukująca od swojej poprzedniczki. Klasyka, metalowe arcydzieło – to właśnie te słowa trafnie opisują jej wartość. Za pomocą tych samych środków, co przy okazji pierwszego wydawnictwa, Kobong wzniósł się na wyżyny własnej inwentywności i zdołał ociągnąć efekt porażający. Nie dość, że kolesie potrafili nagrać zbiór szesnastu znakomitych muzycznie obrazów, to jeszcze pokusili się o refleksje nad jestestwem człowieka, a ściślej jego marnością. Całości nadali tak przystępną i wyrazistą formę, że już pierwsze zetknięcie z tą płytą dostarcza doznań mistycznych.

I choć to bardzo smutne, miał to być początek końca formacji. Ubodzy na umyśle frajerzy z Metal Mind nie zrozumieli twórczości Kobonga. Przestraszeni perspektywą kolejnej, być może jeszcze bardziej zakręconej produkcji, zaczęli naciskać na zespół, aby nieco wyprostował swoje pomysły, bo (moim zdaniem tak to właśnie wyglądało) "ludzie" zaopatrujący się u nich w płyty masowo składali zażalenia, że nic nie łapią, a koncertowe sale świeciły pustkami. To nawet nie jest kabaret, to jest naprawdę przykre. Nic to, muzycy pokazali charakter i rozpoczęli pracę nad trzecim albumem. Podobno udało im się osiągnąć zamierzony cel. Nagrali materiał znów o krok "bardziej", znacznie wychodzący poza granice gatunku. Lecz po odsłuchaniu demówki firma pokazała zespołowi środkowy palec. Kobong #3 poszedł do szuflady, a sens dalszego istnienia stanął pod wielkim znakiem zapytania. Skończyło się rozłamem i odejściem Roberta Sadowskiego, a nie wydana płyta obrosła w legendy. Jednak wielu wciąż po cichu liczyło, że przy odrobinie szczęścia i dobrej woli osób trzecich, projekt ujrzy kiedyś światło dzienne.

Nic dziwnego zatem, że z Neumą wiązaliśmy spore nadzieje. Trudno było wprawdzie spodziewać się, że bez Sadowskiego (gitarzysta oraz główny kompozytor) pozostała trójca pokusi się o nawiązanie do tradycji roku 1997. Jednak pewnego solidnego poziomu mieliśmy chyba prawo oczekiwać? Niestety inna bajka się stała. Z twórczych eksperymentów pozostały jedynie eksperymenty. Muzycy Neumy (chwała im za to, że zmienili chociaż nazwę) postanowili bowiem pokombinować trochę nad kawałkami Korna, SOAD, Toola (wyłączając Aenimę) i wielu innych, podobnych zespołów, o których istnieniu staram się nie myśleć.

Ja wiem, że z metalem jest coraz gorzej, ale to nie jest wytłumaczenie dla Neumy, a co najwyżej okoliczności łagodzące. Dowód? Weźmy album Oceanic, wydany zaledwie rok temu przez Isis, najprawdziwszy metalowy kwintet z Bostonu. Ej, to jest naprawdę poważne granie. Zero ściemy, płytka wymiata. Z tym, że tutaj goście popisali się niezbędnym w branży wyczuciem. Zamiast serwować nam przez cały album odmóżdżającą rypankę na wzór wspomnianych wykonawców, muzycy sięgnęli po inspirację w stronę niezal-rocka. Moje pierwsze skojarzenia to Modest Mouse i Mogwai. Ale gdy ktoś wymieni tu innych herosów, powiedzmy prekursorów nurtu, to podam mu bez wahania rękę. Czyli jednak jak się potrafi, to można siedząc w metalu nagrywać rzeczy znakomite. Ale na początek chodzi przecież tylko o dobre kompozycje, takie, żeby się tego dało jakoś słuchać. Tymczasem ex-Kobong nawet tego chyba nie rozumie.

I tak głównym pomysłem na debiut Neumy stała się zabawa zmianami dynamiki na zasadzie "połamanych rytmów". Koleś się wydziera, na co gitary odpowiadają tak bardzo ostrymi i ciężkimi riffami. Nagle stop, cisza... ale zaraz potem znowu to samo. Nie ma w tym wdzięku ani szczerości. Już pierwsze kilkanaście sekund otwierającego kawałka "Your Envy Poisons" zwiastuje niski poziom zawartości krążka. "Tererik, tererik tereriktach... reaktiach...". Co to kurwa ma być, awangarda słowa? Do tego głębokie, potężne basy, które mają chyba straszyć, ale wrażenia nie robią. Żałośnie wypadają chórki w "There's No Second To Be Lost" i wszędzie tam, gdzie się dalej pojawiają. Obrazu dopełnia głos Kondrackiego, momentami przywołujący na myśl "Trygława" z repertuaru Kur.

Przyjrzyjmy się wizytówce zespołu – polirytmii. Ongiś panowie nakładali na siebie kilka ścieżek zagranych na rozmaitych instrumentach, żonglując nimi tak umiejętnie, że te przeplatały się bez ustanku. Wyrachowanie, perfekcja i wyczucie z jakim to pokazywali należy uznać za wielkie. Spójrzmy teraz na tytułowy utwór z Neumy. Niby pomysł podobny, ale nie do końca. Tam, gdzie kiedyś mieliśmy wirtuozerię, dziś mamy jeden świdrujący jazgot. Co gorsza, te jazgoty wcale nie tworzą harmonii, ich dryf aż do końca pozostaje jedynie dryfem. Innymi słowy, w utworach Neumy rzadko widać myśl przewodnią, główny motyw. A jeżeli już takowy się pojawia (choćby w "It's Time To Leave"), zwyczajnie nie dorasta on do tych, które ci sami goście nam kiedyś zapodali. Co nie zmienia faktu, że na tle reszty takie fragmenty wypadają pozytywnie.

Koniec końców, Neuma prędzej czy później odrzuca zdrowego słuchacza. Próby poderwania do życia patentów wykorzystywanych przez Kobong są trochę niesmaczne, choć z drugiej strony w pełni zrozumiałe. Spełniają na płycie pożyteczną funkcję. Brzmienie, aranżacje i rozmaite efekty, tak zwane "smaczki", są wprost wyjęte z poprzednich płyt zespołu. Ratują one wydawnictwo przed totalną katastrofą, urozmaicając w gruncie rzeczy potwornie monotonny obraz całości. Ale to trochę za mało. To przykre, że niegdysiejsi współtwórcy samego Kobonga nie mają dziś nic ciekawego do zaprezentowania. I to po tylu latach zwłoki. Ehh, co oni przez ten czas robili? Zresztą nieważne. Zapomnijmy szybko o tej płycie i o metalu najlepiej też.

Jacek Kinowski    
19 lipca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja