RECENZJE

Nerwowe Wakacje
Polish Rock

2011, Wytwórnia Krajowa 8.1

Cztery lata temu lipiec przebiegał właściwie jak każdy inny polski lipiec – dużo słońca, bardzo ciepło, ale i deszcze, uskwar sprzyjał podskórnym peregrynacjom wygłodniałych insektów, od których oddzielały ludzkość jedynie szyby okien zakraplanych deszczówką raz na kilka dni. Ogólnie rzecz biorąc, pogoda na tyle pomyślna, że można było urlopować, i na tyle zaskakująca, że dostarczała nieoczekiwanych trudności na przykład podczas dłuższych spacerów, chociaż to oczywiście zależy od uwarunkowań geograficznych. Południe kraju w każdym razie wyglądało jak rzeszoto nisz rynkowych, licealny plan biznesowy zakładający istnienie tysięcy odtwarzaczy mp3 z pustym miejscem na wakacyjny hit, który byłby w stanie utwierdzić młodzież słuchającą indie w przekonaniu o "fajności" lokalnego przemysłu hity-robiącego – przypominam, że wtedy jeszcze nie wszyscy zdawali sobie sprawę, jak długo będziemy się jarać "Miastem Doznań" czy "Hey Girl" i w jakim stopniu Fryderyk dla Lake & Flames to przypadek, a w jakim efekt rosnącej roli Piotra Stelmacha i jemu podobnych propagatorów gitarowego popu.

Ni stąd ni zowąd na – dziś już kultowym – profilu Nerwowych Wakacji zawisła "Ola Boi Się Spać", rzutka piosenka przebiegająca bez zbędnych przestojów prosto "od ucha do ucha", o której można było powiedzieć, że jest zaskakująca z kilku względów – nie dość, że oferowała rześkie podejście do niezal-popu, to jeszcze pochodziła od autora części utworów znanego już od kilku lat zespołu. Jacek Szabrański odpalający własny side-projekt piosenką, będącą w stanie bezlitośnie kraść serca nawet tym, którym zdarzało się skipować jego wkład w dorobek macierzystej formacji (z niżej podpisanym włącznie) – wszystko ot tak zaspokoiło narodzone gdzieś w kuluarach oczekiwania, ale też od razu odpaliło nowe. Czy będzie płyta? Kiedy? Kto będzie na niej grał? Co się z nami stanie, jeśli płyty jednak nigdy nie będzie? Lata mijały, "Ola" wisiała na Myspace, aż w końcu skład Nerwowych Wakacji zaczął się krystalizować i w końcu mogliśmy powiedzieć, że mamy do czynienia z zespołem z krwi i kości, na którego płyty czeka się z wypiekami na twarzy, z zespołem, który istnieje jako coś więcej niż obrastający legendą, milczący profil społecznościowy. Bądźmy szczerzy – od momentu zaprezentowania w Trójce nagrań szkiców piosenek z tamtejszego studia, czekaliśmy jak potrzaskani, aż Nerwowe Wakacje ulepszą nam wakacje.

Projekt, według jego autora, miał opierać się na propagowaniu polskiej piosenki rockowej. Powstała wytwórnia krajowa Wytwórnia Krajowa, pojawiały się informacje o Lady Pank i Perfekcie jako inspiracjach, apetyty wzbierały na sile i tak oto 21 marca możemy dać sobie spokój z czasem przeszłym, bo płyta w końcu jest. Nie wiem jak tam u was z antycypowaniem, ale dla mnie cztery lata to całkiem spora masa czegoś niedobrego do przełknięcia, stąd te dwa przyciężkie akapity wstępu. Niech nikogo nie zdziwią wysokie oceny Polish Rock – to jeden z albumów, który, w przypadku klapy, ściągnąłby na siebie ciężar opadających czterech lat poklepywania po plecach i śledzenia nowinek z obozu zainteresowanych. Póki co ciężko jest więc powiedzieć, czy ten album rzeczywiście jest taki cudowny, czy jego recepcję niesie ulga, że nie skrewili. Powiedzmy, że pierwsza opcja wygląda na dużo bardziej wiarygodną – te piosenki są niesamowicie uroczym przejawem nostalgii za PRL-em w cokolwiek współczesnym formacie. Otóż Polish Rock nie jest bynajmniej przybraniem generycznego idiomu wczesnego Lady Pank – to, co świadczy o rozmiarach zjawiska, to coś więcej, niż sprawdzająca się jako prezent dla rozgarniętej cioci stylizacja: zamiast etnograficznego hołdu dostajemy coś w rodzaju trochę rozmytej pocztówki dźwiękowej (rozumianej tutaj również jako genre), zagranej przez czterech panów, którzy nie bardzo potrafią się odciąć od tego, co tam sobie w życiu przesłuchali.

Myśl przewodnia tych piosenek, z kompozycyjnego punktu widzenia, ma w sobie coś z domowego pragmatyzmu Ireny Gumowskiej – oszczędzę wam porównania płyty do eksperckiej konfitury z najgłębszych piwnic miejskich blokowisk, natomiast nie omieszkam przeprowadzić dowodu na ekspertyzę Nerwowych Wakacji. Forma jest dosyć prosta: to są polskie melodie. Ballady noszą posmak gorzkawej melancholii "Hotelowego Kramu", albo delicję wieczoru ze Skaldami. "Wpół Drogi" mogłoby znaleźć się na Weselu, gdyby do kolaboracji akustycznie zasiadł Maciej Cieślak, bo to taka "Harfa Traw", sypialniane "Miasta I Nieba" Szabrańskiego. Nie inaczej jest w genialnej "Mięcie", z tym że narracja, jaka się tu odbywa, to poziom historyczny – drugi kandydat (pamiętacie "Big Mind”?) do listy wszech czasów.

Piosenki oczywiście piosenkami, ale boję się, co gitarowe cięcia Szturomskiego mogą zrobić na koncertach. Tam, gdzie duchowe inspiracje Wakacji powinny owocować raczej długimi dźwiękami, najbardziej widać jak bardzo najzdolniejsi polscy songwriterzy dotknięci są myśleniem Andy'ego Gilla o uderzaniu w struny. Prezentowane na szkieletową modłę postpunkowego paradygmatu, melancholijne momenty? Pokażcie mi, jak ktoś inny nagrywa smutek o podobnej geometrii. A na smutku się nie kończy, bo już bardziej zawadiackie "Gigi Chce Pójść Tam Gdzie Ja" zdaje się ujmować niemenowską akwarelkę w stylu "Chyba, Że Mnie Pocałujesz" w precyzyjne staccato zwrotki i nieruchome call-response refrenu, jakiego chyba nawet na Nowej Aleksandrii nie widziano. I nie jest to jakiś oczywisty zabieg, który dałoby się przewidzieć w każdym numerze, bo kiedy spodziewamy się nowofalowych dźgnięć w mostku przypominającym "Nie Poganiaj Mnie Bo Tracę Oddech”, dostajemy rozlaną psychodelię klawiszy i afera z opóźnianiem wydawnictwa z powodu problematycznego miksu nagle staje się zrozumiała. Cały ten namechecking jednak nie wyczerpuje tematu w najmniejszym stopniu. Mieliśmy już wydawnictwa celujące w nutę rodzimej piosenki wczasowej (Muzyka Końca Lata), ale nigdy z tak perfekcyjnie wyszlifowaną tożsamością, sprzedającą walory pedagogiczne z rzadko spotykanym perfekcjonizmem. Słucham Polish Rock po raz piętnasty i nie potrafię sobie wyobrazić, dlaczego kiedyś trzeba by było przestać.


[DISCLAIMER: Gitarzysta omawianego zespołu napisał kiedyś dla Porcys tekst lub dwa. Wokalista był członkiem tego samego zespołu, co nasz prezes honorowy, a tata autora niniejszej recenzji widział kiedyś tatę perkusisty na żywo.]

Mateusz Jędras    
21 marca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie