RECENZJE

N.E.R.D.
Fly Or Die

2004, Virgin 4.8

Pharrell Williams chce być sexy. A przynajmniej zdecydowanie chce, żeby jego kawałki były sexy. Mam wątpliwe predyspozycje do oceniania seksowności kolesi, natomiast chętnie przepuszczę artystyczne starania Williamsa przez pryzmat tego kryterium. Badałem to zagadnienie wielokrotnie na łamach tej witryny. I załóżmy, że również jaracie się tematyką *pobudzającej* muzy, bo przecież "odrobina seksu nigdy nie zaszkodzi". (Ekhem. Odrobina. Hm.) Dobra. Więc co was czeka na Fly Or Die? Cóż. Może streszczę pokrótce jak przedstawia się typowy, reprezentatywny fragment płyty. Ponad zagonionym, skaczącym rytmem i ucinanymi wstawkami akustyka / klawiszy / funkującego wiosła gostek krzyczy / skanduje / chucha / szepce pannie, że chce się z nią ruchać. Teraz słuchajcie, nie wiem jak was, ale mnie to osobiście nie przekonuje. Logicznie dedukujący zapytają: czy to Pharrell-wokalista odpowiada za poziom? Czy może całe trio No One Ever Really Dies (plus jeszcze skumajcie kulturową naleciałość słowa "nerd"), w składzie Williams, Hugo i Shay? No to spójrzmy.

Gdy w 2001 roku N.E.R.D. wydawali debiut In Search Of..., a potem reedytowali go na USA z żywszą instrumentacją Spymob w 2002, jeden z mocniej przereklamowanych krążków minionych lat okrzyknięto z miejsca wydarzeniem na mapie otwartego hip-hopu. Dlaczego? Najlepszy kawałek zestawu był monologiem zboczeńca, wyznającego cizi fantazję filmowania jej całą noc VHSem. O hello. To nawet z trudem podpadało pod hip-hop. Raczej nu-rap-pop-rock czarnuchów udających białasów. Tudzież soundtrack do porannej serii stu pompek pakusiów (haha) dbających o "sylwetkę". Paradoksem załogi Neptunes jest niestety fakt, iż produkowanie podkładów obcym wychodzi im o niebo lepiej, niż własne próby z własnym projektem N.E.R.D. Ich praca dla przeróżnych komercyjnych figur, MCs oraz zwłaszcza cudowne wyczarowanie potęgi Justina plasują się wśród absolutnie mistrzowskich konsoleckich osiągnięć dwudziestego pierwszego wieku. Justified kiedyś sprezentowała mi na urodziny moja ówczesna dziewczyna i parę godzin przed startem balangi zapuściłem hucznie na boomboxie. Posadki chałupy drżały, jak by wokół tańczyło stado rozentuzjazmowanego ludu, choć staliśmy tam ledwie we dwójkę. To było z powodu realizatorskich skillsów duetu: kruche, pulsujące, zmysłowo melodyczne pasaże nęciły ciało jak gorąca kąpiel. Lecz kolega Timberlake nie schrzanił potencjału, dodając firmowy, bossowski, romantyczno-łóżkowy croon. (Sophie o "Rock Your Body": "Te odgłosy paszczą pod koniec też robi Justin? Boss".) Ech Pharrell, nigdzie nie zajdziecie, gdzie wy pasujecie.

Kolejny argument oponentów stanowiłaby niby teza, że łatwiej naśladować Jacko, niż Prince'a. Spoko. Either way they're fucked. Fly Or Die kompletnie nie jedzie i nie działa. Opener "Don't Worry About It" marnie imituje Księcia z Gold Experience (konkretnie "We March") i legnie z kretesem. Nie każdy album jest Midnite Vultures czy Rooty. Aczkolwiek pierwsza połówka dysku, sekwencja od drugiego do szóstego tracka, autentycznie interesuje. Numer tytułowy ostrożnie operuje dynamiką i quasi-płciowym napięciem (wybrzmiewające w kanałach scrunchowana gitara, elektryczne pianino i miałkie keyboardy), mamiąc gęstą, przesterowaną tkanką chorusu. "Jump" (z udziałem Good Charlotte, ktoś kojarzy ten revival neo-punku, bo ja nie) powtarza zabieg, niczym jego szkicowa wersja. Wtedy wychodzi na jaw, że to są wszystko szkice. Kreatywne zmiany akordów w banalnym konstrukcyjnie "Backseat Love", "evil groove" potykającego się o oklaski i zatopionego w pływających aranżach "She Wants To Move" bądź fajowy, red-hotowy przed-refren "Breakout" nie potrafią uratować od wrażenia obcowania z czymś niedokończonym i pozbawionym puenty. A puentować miał Pharrell. Tyle, że Pharrell umie raptem nawinąć fałszywym zawodzeniem, miarowym oddychaniem do mikrofonu, hauczeniem, "ooh ooh", "haw haw haww", "uhhhhm", etc. Pole do popisu udostępniono spore, ale kiedy zależy mu na wygenerowaniu erotycznego feelingu, ciotek pogrąża się we frazesowym dresiarskim haiku: "Her ass is a spaceship I want to ride---Her ass---She's SEXY!". Ta. "Życzę ci miłych snów i *stosunkowo* udanej nocy".

Intuicyjnie wyczuwam estetyczne zamiary N.E.R.D. Ich koncepcja fuzji digi-popu z ostrym punchem energetycznym posiada wręcz (szczególnie w rozplanowaniu) aspekty post-punku, co lubię jako ideę. Ale Williamsowi i Hugo brakuje śpiewaka zdolnego nadać intrygującej mieszance wyrazisty kształt. Spazmatyczne piski Pharrella a la "ścieranie styropianu", miast fascynować i sprawnie ewokować Purple One, irytują zgrzytliwym pasmem. Co gorsza, wkład Pharrella to regularny element wizji N.E.R.D. Z takim wyjściowym surowcem motywów, D-Plan czy choćby Strokes wyczesaliby precyzyjne, zamknięte formy, ale N.E.R.D. z ciągotami do młodzieńczego spontanu ("This is for the kids! This is only for the kids!") wychodzą ze studia na etapie solidnego demo. Rezultatem coś, co znajomy niedawno określił mianem "efektu mniejszego kutasa". I to się w sumie tyczy połowy materiału, bo do topornej (z wyjątkiem "The Way She Dances") drugiej nie wystarczyło kondycji. Oto następna sesja sensowna na papierze, a niezrealizowana w praktyce.

Ok, ale zaraz, Pharrell chce być sexy! Pomimo względnej słabości podkładów, Williams wciąż celuje w nadrobienie luki tekstami. Ok. Dajmy mu szansę wykazania. Ehhmm. "I was walking down the street / Saw this girl / She's oh so sweet / Hey baby". Kurde. Pharrell, tak nie wolno. Dulli może sobie mamrotać obsesyjne "baby, baby, baby", bo wypada mu to genialnie. Na co stać mięczaka Pharrella? "It's her dark skin / It's your juicy lips girl / Ah-ahhh". "Big tits / A fat ass". Kiedyś z Mike'iem wracaliśmy nocnym autobusem na Mokotów. Dwaj dresiarze wymieniali reminiscencje odnośnie napotkanej lasencji. "Ej, jej CYCE. Stary, jej SUTY". Tak rozpoczął się maraton dławiącego brechtu, trwającego potem kilkadziesiąt minut. I Pharrell też jest "weseliii", uczciwie śmieszny, w gruncie rzeczy pozytywny (te wdechy-wydechy w intro do "The Way She Dances", ubawiłem się po pachy). Ale po pierwsze, on tu do cholery pisze słowa do piosenek. I ani nie wymiata maksymalną obleśnością Pharcyde ("I woke up in the mornin' to a girl who's butt's soft / Gotta brush my teeth and clean my nuts off"), ani nie przypomina wulgarnych deklaracji Biggiego ("When I see the semen, I'm leavin'"). A po drugie, Pharrell? GET TASTE. Z autopsji wiem, że para potrafi stworzyć umowny kod komunikacyjny w kwestiach przyjemności, subtelniejszy i wyrafinowany, a nadal podniecający. Ej no dziewczyny, zerknijcie. Wolałybyście, żeby wasz chłopak zapraszał was do seksu mówiąc "Twoja dupa jest statkiem kosmicznym, którym chcę lecieć", czy "Mmm, kotek, w którym roku zawarto Unię Lubelską?" (pytanie z testu na Architekturę PW, notabene)? Ok, I'll say no more... Ladies to the thread, goddamnit.

Borys Dejnarowicz    
7 października 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie