RECENZJE

Neon Indian
VEGA INTL. Night School

2015, Transgressive / Mom & Pop 7.1

Już na etapie osłuchiwania się z nowym albumem Palomo nie miałem wątpliwości, że nastąpił u niego ten nieoczekiwany wzlot. Możemy to gościowi w końcu oddać i mieć kogoś obok Chazwicka, kto po latach nie będzie kojarzony jako tuz sezonowego przypału. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, nie jestem nawet pewien, czy kiedykolwiek lubiłem ten projekt za coś więcej niż kilka singli i do tej pory traktuje te wypady z kaseciakiem na zakurzone dancefloory w kategorii niespełnionej obietnicy. Ale Wojtek podrzucił. Inaczej bym przegapił. Dziś pytam, czym są poprzednie albumy Palomo, jeśli nie wprawkami przed tym, co zamieścił na VEGA INTL. Night School? W końcu jest. Dziwna, wyjęta z niedalekiej post-przeszłości płyta, która nie chciała się wydarzyć w momencie kluczowym dla swojej chronologii gatunkowej.

Szczególnie widoczny jest sposób "na Bundicka", w jaki do sprawy komponowania Alan podchodzi w większości piosenek, zupełnie przy tym rozbrajając je dojrzałą, rasową wokalizą. Tak jakby quasi-causerowska metoda klejenia chwytliwych fragmentów w spójną masę była jedyną możliwą w celu pełnego rozwinięcia luźnych założeń genre'u i dopiero wykorzystana w ramach osobistego stylu wyposażyła muzykę Neon Indian w namacalność. To w końcu jest jakiś konkret! Zaczyna się na wysokości "Street Level" i postępuje z przerwami przez resztę płyty. Refreny jakoś podejarzanie tu genesisowe, gitarowe hooki mocno wyeksponowane, implozywność znana z debiutu Toro, kombinatoryka tropiąca Scritti Politti (obczajcie zwłaszcza "News From The Sun"), wszystko lepiej poskładane w segmenty i... jako pierwszy znikąd wchodzi ten przełom na wysokości drugiej minuty "Smut!". Jakiś pocisk wystrzelony z lasera; zaczyna docierać do mnie, że Amerykanin mógłby pisać same przeboje. Po AoB'owym początku "Annie" bym się takiego obrotu spraw nie spodziewał. Daft Punk odżywają nieco w "Bozo". Słucha się w porządku, ale... Znów - "The Glitzy Five" zaskakuje wejściem w tryby jakiejś kurewsko rozgrzanej domówki, na której nie brak znamienitych muzycznych gości i ich wiernych fanów, co, jak się potem okazuje, było tylko niewinnym fantazjowaniem panów z Avalanches. A po chwili wykwintne intro "Dear Skorpio Magazine" i podrygujący bas z handclapami zachęcają Palomo do wyduszania z siebie kolejnych świetnych linijek. Wtf, panie i panowie? Czy to nie Collins mógłby tam śpiewać? Albo Gartside? Piosenka do zapamiętania, ale na tym nie koniec. Jest jeszcze singlowy "Slumlord"; "Grab Her" Disclosure przemieszane z Caribou w postaci "Techno Clique" – Snaith byłby chyba dobrym zamiennikiem dla francuskich poszukiwań w tanecznych numerach Palomo. Chwilę później w przebojowym "C'est La Vie" mogłaby się znów przejrzeć dwójka wyżej wymienionych, a w "61 Cygni Ave" – znów Scritti ("Cause we're having a party" w mostku podpada niemal pod kalkę wokalu Gartside'a)...

...i podobnymi tropami przez większość materiału. Być może brakowało mi dobrej woli przez te ostatnie pięć lat, by znaleźć źródło pochodzenia tych wszystkich niespodzianek. Jest ich tutaj naprawdę sporo i większość nie opiera się bynajmniej na popularności chwytliwego skądinąd "Polish Girl". Nie tędy droga, sieroty chillwave'u!

Krzysztof Pytel    
25 listopada 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie